[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/includes/bbcode.php on line 483: preg_replace(): The /e modifier is no longer supported, use preg_replace_callback instead
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/feed.php on line 173: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at [ROOT]/includes/functions.php:3887)
[phpBB Debug] PHP Warning: in file [ROOT]/feed.php on line 174: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at [ROOT]/includes/functions.php:3887)
Forum Autostopowiczów. autostopowicze.org 2019-12-24T09:58:17+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/feed.php?f=111 2019-12-24T09:58:17+00:00 2019-12-24T09:58:17+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=548&p=5222#p5222 <![CDATA[Relacje z podróży • Re: Węgry/Chorwacja]]> https://wposzukiwaniu.pl/ ogrom opisów miejsc i porad. Polecam!

Statystyki: autor: Annie9090 — 24 grudnia 2019, 09:58


]]>
2017-02-03T19:52:54+00:00 2017-02-03T19:52:54+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=987&p=4469#p4469 <![CDATA[Relacje z podróży • Amsterdam-Wrocław]]> Ja postanowiłem opisać swoją przygodę ze stopem. Pierwszą i raczej nie ostatnią. Miesiąc temu pojechałem pod Amsterdam na zaproszenie kolegi na sylwestra. Pojechałem tam standardowym przewoznikiem, który wozi ludzi do pracy. Wrócić chciałem pociągiem. Nigdy nie podrozowalem pociągiem za granicą i chciałem spróbować. Zapakowalem się w busa do Amsterdamu skąd dojeżdżał pociąg do Niemiec. Nie wiem czy to zaćmienie czy jeszcze sylwestrowy alko, ale wysiadlem z busa bez podrecznego plecaka, w którym miałem portfel z biletem, pozostałe 30 euro i telefon. Co tu robić? Na dworcu pomogła mi policja. Załatwili sprawę z przewoźnikiem i plecak obiecali wysłać kurierem na adres kolegi. Wszystko pięknie, ale to potrwa kilka dni. I tak oto potrzeba uczyniła mnie stopowiczem :) Przejechalem Holandię na 4 auta. Nie stałem nigdzie dłużej jak 10 minut. Bajka. Rozochocilem się i przed Dortmundem się zaczęło. Stałem 4 godz na stacji aż nie zatrzymały się 2 starsze panie(szok nr 1) Ich drugie pytanie, po standardowym- gdzie jadę było, czy....na pewno chce wsiąść bo one są lesbijkami, a my Polacy to potepiamy?!?! Starsze kobiety...babcie w sumie. Ja w szoku, ale że mi to nie przeszkadzalo ku ich zaskoczeniu wsiadlem. Jechały do kassel(centrum niemiec).po drodze zajechalismy do maca i panie postawiły mi obiad i dały 10 euro co podsumowaly zdaniem- proszę nie myśl że niemcy to hitler.Te czasy minęły. Zaproponowały że mogą mnie przenocowac, ale że było widno postanowiłem próbować jechać dalej. Wyladowalem jednak w przeklętym kassel. Nikt się nie zatrzymał. Było późno i Pani na stacji zgodziła się żebym przenocowal w środku. Ranek- podejście drugie. 6 godz walki i nic. Postanowiłem spróbować "obejść" autobahna i znalazlem się na zwyklej drodze. Tam zabrał mnie turek ale tylko 20km do kolejnego zjazdu na bahna. Tam -allejuja. Gigantyczny parking dla tirów. Są nawet polskie blachy. Chodzę, pytam i nic. Albo ktoś jedzie na szczecin albo gdzieś w niemcy. Minął cały dzień przekletego Kassel. Nagle podchodzi do mnie Ukrainiec. Widział jak szukam. On tylko do Berlina, ale tam będzie łatwiej. Wsiadlem i dziekowalem chłopakowi w co drugim zdaniu hehe. Przed Berlinem uruchomił cb i zorganizował mi w 5 min tira do wrocławia. Akurat kierowca kończył pauze i ruszał na katowice. Całą noc przespalem, a obudzony zostalem dopiero we wro na orlenie:) Niesamowita przygoda. Z jednej strony przeklinalem świat że istnieje to Kassel(ogólnie ciężko było w niemczech, choć czytam, że macie inne doświadczenia)ale z drugiej strony przygoda fantastyczna. Na prawdę fajni i ciekawi i życzliwe osoby się nade mną litowaly:) Zacytuje osła ze shrecka"ja chce jeszcze raz" ;):)

Statystyki: autor: Maciek86 — 03 lutego 2017, 19:52


]]>
2016-10-07T20:32:00+00:00 2016-10-07T20:32:00+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=975&p=4252#p4252 <![CDATA[Relacje z podróży • Podróż w tonacji molowej 2]]>
Rainbow
rano
Leje. Jak do tej pory to motyw przewodni tej wycieczki. Jeśli ktoś to kiedyś przeczyta, będzie miał wrażenie, że mieszkałem w stawie.
Leżę w namiocie i nie chce mi się dupy ruszyć z suchego miejsca. Kiedy przestanie lać, pójdę do kafejki na prysznic i kawę z mlekiem.
Sny miałem szalone, jak co dzień. Jechałem z Tanią pociągiem. Na jednej ze stacji uparła się, żeby zrobić zakupy w supermarkecie. Nie dało się jej od tego odwieść, zostawiliśmy więc wszystkie rzeczy w pociągu i poszliśmy poszukać sklepu. Popędzałem ją, ale pociąg i tak nam uciekł. A później stara historia: płakałem, żeby mnie nie zostawiała. Na nic się to jednak nie zdało. Nie można kogoś zmusić do miłości.
W dalszej części snu fruwałem pod niebem i bardzo mi się to podobało. Po smutku nie został ani ślad.

południe
Już po prysznicu. Czuję się świeżutki. Wykąpałem się, przeprałem ciuchy, pogadałem na Internecie z rodziną, wypiłem kawę, doładowałem mp3jkę.
Do obozowiska wróciłem dokładnie na obiad. Kuskus i sałatka owocowa. Axa sprzedawał komuś zioło. Doczepił się do niego stary hipis-ortodoks. Chyba przez godzinę męczył go wykładem o tym, że na Rainbow nie powinno się nic sprzedawać. Idiota. Widać przecież, że Axa to nie jakiś dealer kapitalista, ale stary włóczęga, któremu ta kasa pozwoli przetrwać jakiś czas. Kiedy męczydupa sobie wreszcie poszedł, Axa podszedł do mnie. Zapytał, jakie książki czytam. Pogadaliśmy o literaturze i magii czytania. Opowiedział, jak czytał do snu swoim dzieciom Tolkiena, a teraz czyta wnukom. Jego córka ma męża Polaka, górala. Był pod wrażeniem góralskiego wesela. To było gdzieś w moich okolicach, ale nie pamiętał nazwy wioski.
Poszedłem poleżeć do namiotu. Przyszedł Wowa poprosić o papierosa. Okazało się, że nie ma już kasy, więc dałem mu paczkę tytoniu z moich zapasów.

***

DonGuralesko z „Magnus Ignotum” rozpierdala system. Cała płyta to poemat o samotności i wolności płynącej z niezależności od innych. Wolności w odnalezieniu swojego miejsca w naturze i uświadomieniu sobie własnej unikalności i nieważności (w której głębiej kryje się ważność transcendentalna).

„Było nas stu, dziś zaledwie jest kilku,
kiedy zasypiam, słyszę ujadanie wilków,
włóczykij znów opuszcza dolinę Muminków,
zobacz huragan ognia, patrząc na drwa w kominku”

Axa – czuję ogromną sympatię. Prosty, niewinny człowiek. Stary, a jest jak dziecko. Serdeczny, uczynny, ciągle coś działa dla społeczności, ale nie oczekuje za to żadnej wdzięczności, czy pozycji. Mówi z pewną nieśmiałością, nic nie ukrywa. Jak każdy Fin, z dumą mówi o swoich fińskich lasach i groźnej zimie.

***

Już po wczesnej kolacji. Był pyszny makaron. Dziś trafił się kucharz z samego Rzymu. To było czuć. Tylko cholernie mało. Jestem bardziej głodny, niż przed posiłkiem. Gdyby nie deszcz, poszedłbym do baru na frytki, ale nie chce mi się znów moknąć. Już i tak czuję, że wilgoć weszła w każde włókno moich ubrań. Nawet rzeczy, które „wyschły”, są jakby ciężkie, pachnące wodą i szamponem, w którym zwykle piorę. Rozpadało się jeszcze bardziej. Tyle deszczu nigdy nie widziałem. Nawet w Irlandii i Anglii. Chlupoczące kałuże, błoto, cieknące sufity, przemoczone skarpety, nigdy nie schnące, pokryte gliną buty, brunatna zieleń, wilgotne konary, które nie chcą palić się w ogniu i dlatego cuchnący dym zapełnia każde tipi i każde zdarzenie.
Tak to mniej więcej wygląda.

***

Alvin to jest charakter. Francuski, aż do poziomu absurdu. Kobieciarz, romantyk, sarkastyczny nihilista, nostalgiczny Arlekin, ukrywający smutek i niespełnienie pod maską humoru. Błyskotliwy. Nieprzeciętna inteligencja, złośliwość błazna, oczytanie artysty.

***

Wiem, że sporo narzekam. Proces destylacji duszy nie jest łatwy. Zimno, deszcz, odrzucenie, wyobcowanie, to jak magiczne substancje wspomagające alchemiczne reakcje. Nie odszedłbym stąd (jeszcze nie). Ważność tej chwili, tych momentów jest dla mnie klarownie jasna. Szukam schronienia w oddaniu się Wszechświatowi, podporządkowaniu się jego lekcjom. Uczę się być dzieckiem.

20.04.2016

Rainbow
południe
Wróciłem właśnie z baru. Zjadłem frytki, wypiłem dwa piwa, poczytałem, co na fejsie. Porozmawialiśmy z Petią. Tęsknię za nią i czuję się winny, że nie doceniam jej bardziej. Ścigam cienie, a przecież mam fajną dziewczynę. Spędziliśmy razem już kawał czasu. Bycie z nią na zasadzie przyjaciel/kochanek, a w międzyczasie szukanie „prawdziwej miłości” jest nie fair. Ale nie jestem jeszcze pewien, co z tym fantem zrobić.
Grzeję się na słońcu, bez koszulki. W ciepłych promieniach ludzie ożyli.
Może jakaś lista?

1. Amerykanka z Idaho śpiewa swingowo „Don’t trust me”. Akompaniuje jej fiński gitarzysta.
2. Brak kobiety odczuwam coraz większym zwracaniem uwagi na piersi i tyłki.
3. Nick – angielski facet, mieszkający na stałe w Hiszpanii. Bardzo go lubię. Kulturalny, dowcipny. Można uciąć sobie z nim zbalansowaną, szczerą pogawędkę. Nie jest do końca „zhippisowany”, to dobrze. Taki włóczęgowski, angielski gentelman.
4. Palę dużo. Już nawet nie mam ochoty, ale palę dla zabicia czasu albo odnalezienia się w towarzystwie.
5. Podeszła Ingrid. Zamieniliśmy parę miłych słów, ale raczej unikam, nie narzucam się. Niech ma swoją osobistą przestrzeń.
6. Fajnie się patrzy na zabawy grupowe (właśnie jakaś się odbywa). Ale chyba jeszcze ze szkoły została mi fobia do tego typu rozrywek. Co nie przeszkadza mi obserwować z lekką zazdrością.
7. Piję głównie deszczówkę. Czystsza niż woda w rzece.
8. Pograłbym z kimś w kości. Ale ciężko znaleźć tutaj ludzi do takich indywidualnych rozrywek. Może Nicka namówię, gdzieś się tu szwendał.

wieczór
Nie zasymilowałem się dziś ze społecznością. Próbowałem, ale nie dałem rady. W końcu zwinąłem się, rozłożyłem przed namiotem karimatę i słuchałem DonGuralesko, popijając wino. Dziś widzę za dużo pretensjonalności, naciąganej miłości. Lepiej mi samemu z Guralem na słuchawkach.

21.04.2016

Rainbow
rano
Obudziłem się z lekkim kacem. Na szczęście zapobiegawczo kupiłem w barze butelkę oranżady.
Wczoraj po wieczornym kręgu postanowiliśmy z Nickiem pójść razem do baru napić się i pograć w kości. Było już późno, więc nie spotkaliśmy żadnych hippisów. W barze siedzieli tylko miejscowi. Zamówiliśmy piwo, jedzenie, wyciągnąłem kości. Miejscowy popatrzyli na nas z sympatią. Dostrzegli wspólny kontekst i od razu im ulżyło. Kilku się dosiadło.
Zaczęliśmy rozmawiać łamanym Hiszpańskim. W międzyczasie postanowili zaprezentować nam lokalne trunki. Jeden za drugim donosili kieliszki najróżniejszych napojów, czekając na nasze reakcje. Nieźle już podchmieleni zabraliśmy się z Nickiem za grę w biliarda. A wymieszana rzeka trunków nie przestawała płynąć. W końcu odłożyliśmy kije, bo już nic z tego nie wychodziło i lekko chwiejnym krokiem wróciliśmy do obozowiska.

wieczór
Dzień był pracowity, więc nie pisałem. Tylko streszczę wydarzenia.

Lista skrótowa:

1. Napisał do mnie Janusz Deblessem, redaktor z Trójki. Prowadzi audycję „Gitarą i piórem”. Jakimś sposobem trafiła do niego płyta Księżycowego Terrorysty i chciałby coś z tego puścić w audycji.
2. Poszedłem do Aguiar da Beira. Kindle od Petii już doszedł! Na parking znalazłem kogoś z laptopem i przeniosłem kolekcję książek z zepsutego czytnika do nowego. Więc znów mam swój mały świat.
3. Chwyciło mnie przeziębienie. W miasteczku kupiłem jakieś proszki, zażyję przed snem.
4. Jutro wyjeżdża Ingrid. Przejmuję jej duży namiot, ona zabiera mojego liliputa. Rano muszę się spakować i sfinalizować zamianę, zanim wyjedzie.
5. Teraz trochę lektury przed snem. Wreszcie.

22.16.2016

Rainbow
rano
Wycieczka do baru stała się moją codzienną tradycją. Wziąłem długi, gorący prysznic, zrobiłem przepierkę. Jem frytki, piję piwo, ładuję Kindla. Przeziębienie ciągle mnie trzyma, chcę więc doładować czytnik do oporu i przeleżeć parę dni w namiocie, wychodząc tylko na posiłki.
Dziś przeprowadzam się do namiotu Ingrid.
Odzyskanie mojej biblioteczki wprawiło mnie w dobry humor. W namiocie mam butelkę wina, chleb i wędzony ser owczy. Ser będę musiał trochę okroić, bo mały, psi skurwysynek wygrzebał go w nocy z namiotu i dogłębnie wylizał. Kiedy znienacka się pojawiłem, wyglądał na rozczarowanego. Patrzył na mnie zirytowany i czekał, kiedy sobie pójdę. Widząc, że nie odpuszczę, obrażony odszedł wolnym krokiem.

wieczór
Mam nowy domek. Namiot Ingrid, po trzech tygodniach w mojej trumience, wydaje mi się pałacem. Tyle przestrzeni! Mogę nawet siedzieć. Trochę nie przemyślałem sprawy z wagą. Ingrid powiedziała, że waży dwa i pół kilo. Mój stary ważył kilo osiemdziesiąt, więc nie martwiłem się tą lekką nadwyżką. Okazało się jednak, że źle przeczytała parametry. Dwa i pół to on ma metrów. A waży trzy osiemdziesiąt. Ale na razie się nie martwię, cieszę się po prostu rozmiarem.

Położenie też jest świetne. Na górce, w lesie. U moich stóp ściele się soczyście zielona łąka i wstążka rzeki. Naprawdę pięknie, spokojnie. Obok jest „Welcome Center”, zawsze warzą tam kawę albo czaj. Kawałek dalej shit pit.
Byłem już zmęczony mieszkaniem w głównym obozowisku. Za dużo ludzi, hałasu, bębnów. Tutaj mogę się wyciszyć.
Wyciągnąłem japas, wymantrowałem rundę, później modliłem się do Kryszny, żeby wypełnił tę samotność swoją obecnością.
Nie wiem, czy pójdę dziś na wieczorny krąg. Zostanę raczej w namiocie i poczytam.

wieczór ciąg dalszy
A jednak nie udało mi się uciec od towarzystwa, ale nie żałuję. Przyszedł Nick i przesiedzieliśmy kilka godzin przy namiocie. Poczęstowałem go serem, chlebem, winem. Gadaliśmy o wszystkim: o miłości, medytacji, Krysznie, podróżach astralnych, reiki. Inteligentny miły człowiek. W ogóle nie męczę się w jego towarzystwie. On zresztą też się chyba dobrze ze mną czuje. Mamy podobne poczucie humoru.

23.04.2016

Rainbow
południe
Rano trochę pokropiło, ale przestało, choć niebo zachmurzone. Zrobiłem kawę w Welcome Center, odwiedziłem shit pit, teraz leżę przy ogniu (czyli w dymie) i rozmawiam z ludźmi.
Miałem ciekawy sen. Chciałem go zapisać od razu po przebudzeniu, ale poddałem się lenistwu. Teraz zostały mi tylko skrawki. Byłem uczennicą uczonego okultysty. Zdobyliśmy starożytną talię kart, zawierającą wszystkie tajemnice wszechświata.

popołudnie
W środku kręgu tańczy dziewczyna z wygolonymi bokami głowy. Jest naga od pasa w górę. Ma doskonałe piersi. Nie za duże, nie za małe, kierujące się lekko do góry. Grupka chłopaków gra na bębnach. Gdzieś z tyłu dobiega mnie dźwięk skrzypiec. Jakaś celtycka melodia. Kilku żonglerów ćwiczy skomplikowane układy. Kasia, polska dziewczyna, z którą nie udało mi się kliknąć, daje masaż muskularnemu blondynowi. Dzieci biegają wesoło, bezmyślnie, przez śmiech krzyczą do siebie w mieszance angielskiego, niemieckiego, hiszpańskiego i portugalskiego. Pomiędzy nimi psy. Zachodzące słońce razi w oczy. Nick zastanawia się głośno, czy nie rzucić wszystkiego i nie przyłączyć się do wędrownej grupy cyrkowców. Nie mówi na poważnie. Łaknę słodyczy i smażonek. Przypomina mi się szkocki przysmak: sneackersy w cieście smażone na głębokim oleju. Usta napełniają się gęstą śliną.

wieczór, w namiocie
Kolejny dzień przeleciał. To nie jest łatwa podróż. Nie jedna z tych beztroskich wędrówek, o których czasem można poczytać na autostopowych blogach. Jestem w drodze prawie trzy tygodnie i większość czasu zmagam się z sobą. Z samotnością, przeszłością, zmęczeniem, zimnem, czasami głodem. Jestem jednak na tyle świadomy, że akceptuję to, wiedząc, że czasami dobrze, że boli. To znaczy, że w środku coś się oczyszcza, regeneruje.
Przy kolacji rozmawiałem trochę z Aną. Ukąsił ją kleszcz i martwiła się boreliozą. Byłem niemiły. Nie chciało mi się słuchać jej biadoleń. Potakiwałem znudzony, aż wreszcie powiedziałem z sarkazmem, że tak, na pewno ma boreliozę i do tygodnia umrze. Rozpłakała się. Zdałem sobie sprawę, że przeholowałem. Przeprosiłem ją, poklepałem po plecach i przekonałem, że na pewno wszystko jest w porządku, nic jej nie będzie. Bidulka.

24.04.2016

Rainbow
popołudnie
Noc skurwysyńsko zimna. Leżałem w śpiworze zawinięty jak mumia, a i tak nie przespałem prawie całej nocy. Wreszcie koło ósmej wyczołgałem się z namiotu i rozpaliłem ognisko. Zaparzyłem dla siebie kawy, a dla potencjalnych gości zrobiłem czaj. Później czytałem książkę, aż zaczęli schodzić się ludzie. Przyjąłem rolę gospodarza. Częstowałem wszystkich gorącym napojem i miłym słowem. Wreszcie koło południa poszedłem do baru. Doładowałem konto w telefonie, napisałem Petii, że za nią tęsknię, napiłem się porto, zjadłem też talerz miejscowego przysmaku wegetariańskiego: fasoli przysmażanej z kapustą i kawałkami chleba. Nazywa się migas (czyt. migeś).
Boli mnie gardło i czuję się trochę niepewnie na żołądku.
W obozowisku spotkałem Nicka. Zdecydowaliśmy przejść się do Aguiar da Beira. Zrobimy większe zakupy, porozmawiamy. Bardzo lubię rozmowy w trakcie długich, pieszych wędrówek.
Dzień jest fajny. Fizycznie nie czuję się za dobrze, ale duchowo jestem spokojny, zadowolony. Rano dostałem troskliwego, miłego smsa od Petii, a później rozmawiałem z Piotrkiem. Bardzo sympatyczny chłopak. Polecił mi kawałek „Power of Now” Eckharta Tolla, rozdział o związkach. Budująca, rozsądna lektura.

wieczór, w namiocie
No i koniec dnia. Minął przyjemnie, spokojnie. Tak, jak planowaliśmy, poszliśmy z Nickiem do miasteczka. Część drogi przeszliśmy, część przejechaliśmy stopem. W supermarkecie kupiłem ser, bułki, kokosanki, czekoladę, owoce.
Po powrocie posiedzieliśmy jeszcze w barze przy piwie. Wróciliśmy do obozowiska na kolację, ale byłem tak pełny, że prawie nic nie zjadłem. Oboje zwinęliśmy się wcześnie. Nick chciał poczytać książkę, a mnie coraz bardziej boli gardło.
W namiocie wziąłem dwa nurofreny, wciągnąłem na siebie dwie pary spodni, koszulę, kamizelkę, sweter i czapkę. Noco, jestem gotowy! Teraz zażyję jeszcze trochę lektury przed snem, jak co dzień. A jutro to, co zwykle: kawa, sranie, jedzenie, szwendanie się, pogaduszki z Nickiem i resztą. Powoli wchodzę w przyjemny, leniwy rytm na tych hipisowskich koloniach wakacyjnych.

25.04.2016

Rainbow
południe
Dzień zacząłem w barze. Frytki, sałatka, piwo, prysznic, rozmowa z Petią.

Gardło boli mnie mniej, żołądek już się uspokoił. Dużo osób rzyga i ma sraczkę. Coś nie tak z wodą. Ciągle mam nadzieję, że mnie ominie.
Teraz siedzę na patio baru z Patrykiem, Karoliną i Inez. Inez to po polsku będzie Agnieszka?

wieczór
Dzień przeleciał spokojnie i leniwie. Przed obiadem zawiązała się z nas paczka Polaków. Posiedzieliśmy, powydurnialiśmy się wspólnie, delektując się żartami, których niepolak by nie zrozumiał. Zaprosiłem ich na popołudnie do mnie, na ciastka i ser, ale jakoś wszyscy się rozeszli i nic z tego nie wyszło. Później, przy namiocie coś mnie wzięło na śpiewanie moich piosenek i posmutniałem (a wiadomo, że dużo mi nie trzeba). Dopiłem resztkę miejscowego wina, westchnąłem z wrodzoną nostalgią i przespacerowałem się do głównego kręgu.
Patrzę w ogień. Dwóch Hiszpanów gra flamenco. Wokół Estrelli zebrała się grupka ludzi. Uczy ich tańca. Nick też tam jest, wygina się zabawnie i sztywno. Tak wygląda Anglik tańczący flamenco.

26.04.2016

Rainbow
przed południem
Kolejny słoneczny dzień. Gorąco wygoniło mnie z namiotu już około siódmej. Skacowany zjadłem jogurt, banana, napiłem się soku. Później wylałem na siebie półtoralitrową butelkę wody, żeby ochłodzić się i trochę umyć.
Kac? No więc wczoraj wieczorem poszliśmy z Nickiem do baru. Wypiliśmy butelkę wina, drugą wzięliśmy ze sobą. Nick przyniósł koc, baranią skórę do siedzenia i świeczkę. Byłem lekko podpity, ale zapaliliśmy jointa i to mnie rozłożyło. Poczułem, że nie jest mi najlepiej. Pożegnałem Nicka i położyłem się z mp3jką na uszach.

Dziś rano zapaliłem papierosa. Smak dymu wzbudził we mnie taki wstręt, że wyrzuciłem resztkę tytoniu, bibułki i filtry. Miałem dosyć tego ciągłego kopcenia, które już nawet nie daje mi radości. Chcę sobie zrobić choć kilkudniową przerwę. Ten gest sprawił, że poczułem lekkość na duszy. Szedłem sobie przez las i pośpiewywałem wesoło, ciesząc się z wolności.
Siedzimy z Michałem przy głównym kręgu. Naga, perfekcyjnie zbudowana dziewczyna ćwiczy jogę. Patrzymy łakomie, próbując podtrzymać konwersację.
- Ta dziewczyna to prawdziwa harpia – mówi Michał łypiąc na nią z mieszaniną niechęci i chęci.
- Miałeś z nią jakieś przejścia? – pytam.
- Wczoraj przy kolacji zaatakowała mnie, że paliłem papierosa w kręgu.
- To jeszcze nic złego – odpowiadam z roztargnieniem. Naga joginka wypróbowuje karkołomną asanę nie zostawiającą nic dla wyobraźni.
- Ale to nie było zwykłe zwrócenie uwagi. To był lodowaty, pasywno-agresywny występ, mający pokazać mi moje miejsce.
Dziewczyna patrzy lodowato z oddali, nie przerywając ćwiczeń. W jej zimnym wzroku jest coś, co sprawia, że wierzę Michałowi.

***

Złożyłem codzienną wizytę w barze. Piwo i frytki. Kusiły mnie papierosy, więc kupiłem dwie paczki Hallsów do ssania. Przez większość czasu rozmawiałem z Agnieszką, Polką, którą wczoraj poznałem. Miła dziewczyna. Robi biżuterię, wolontariaty, podróżuje. Pełna spokojnej, nieśmiałej energii.
Świeci słońce, ale nie jest już tak gorąco, jak rano. Słyszę dalekie brzdękanie. Tak dalekie, że wkomponowało się w śpiew ptaków i szum wiatru w koronach drzew. W dole, na łące, jakaś para zbiera zioła i jadalne trawy.

środek nocy
Obudził mnie sen. Dziwny, niepokojący, ale nic z niego nie zostało, tylko nieprzyjemne uczucie. Zjadłem ostatniego kokosanka, dwa paski czekolady i dwie łyżki dżemu. Przez wczorajsze niepalenie musiał spaść mi cukier (choć co ja tam wiem o ludzkim ciele). Włączyłem mp3jkę, żeby przegonić ciemne myśli.
Jestem już zmęczony. Chcę uwolnić się od żalu i poczucia winy. Minęły dwa lata od rozstania, a to ciągle wraca. Jakaś część mnie nie chce puścić. Dziecko w środku chce powrotu do znajomej, bezpiecznej przeszłości. A przecież tak się nie da. Woda już przepłynęła. Rzeka wydaje się ta sama, ale to tylko ramka brzegu. A woda już jest inna. Tamtej nie ma. Odpłynęła do oceanu. A ja już nie jestem dzieckiem. Czas dorosnąć.

27.04.2016

Rainbow
rano
Poranne, gorące słońce przegoniło nocne mary. Otoczył mnie radosny śpiew ptaków i szum wodospadu. Obudziłem się z satysfakcją, że wytrzymałem cały dzień bez papierosów. Dziś może być trudniej. Pierwszy dzień zawsze jest łatwiejszy.
Plan na dzisiaj:
- obskoczenie parkingu i wypytanie o kurs do Niemiec (powoli planuję powrót)
- spacer do baru, Internet i piwko
- wyprawa do Aguiar da Beira dla uzupełnienia zapasów
Zaczyna się chmurzyć, ale mam nadzieję, że nie będzie lało.

***

Siedzimy w barze z Nickiem. Przyplątała się do nas Amerykanka, zapomniałem jak ma na imię. Bardzo drażniący charakter. Unikam jej od wczoraj, odkąd usiadłem obok niej przy kolacji. Doprowadzała mnie do szału. Starsza kobieta, koło pięćdziesiątki, próbująca zachowywać się „cool”, infantylnie przesadzająca z entuzjazmem i swoją hipisownością. Każdy wybuch nienaturalnego śmiechu kończy głośnym chrumknięciem.
Najgorsze jest to, że usłyszała, że idę do Aguiar da Beira i teraz chce się dołączyć. Zachowuję się opryskliwie, próbując ją odstraszyć.
Bardzo chce mi się palić.

***

Ostatecznie nie poszedłem do miasteczka. Odstraszyła mnie ambiwalentna pogoda. Zimny wiatr i chmury nie wróżyły najlepiej.
Połaziłem po parkingu, ale w najbliższym czasie nikt nie wybiera się w stronę Niemiec. Szkoda, bo mam coraz większą chęć na powrót. Z drugiej strony nic mnie nie trzyma. Robin, rumuński stary włóczęga powiedział mi dzisiaj:
- Ale czym się martwisz? Jesteś wolny. W każdej chwili możesz sobie pójść, nie musisz na nikogo czekać.
W sumie racja.

28.04.2016

Rainbow
popołudnie
Wczoraj chciałem się zerwać, ale dziś czuję się swobodnie i swojsko.
Rano rozpierała mnie energia. Poszedłem na przechadzkę do Aguiar da Beira (to jakieś osiem kilometrów od obozowiska). Po drodze słuchałem Beaty Bocek i DonGuralesko. Moje myśli stały się przejrzyste, radosne. Rezonowałem z muzyką, z przekazem. Poczułem głęboką wolność i radość, że jestem tutaj, sam, nic mnie nie wiąże, mogę iść, gdzie chcę, zrobić, co chcę. Cudownie wyzwalające doświadczenie.
W miasteczku kupiłem gofry, dżem, bułki, jogurt i sok. Później usiadłem w kafejce, zamówiłem frytki, sałatę i cydr. Spędziłem tam z dwie godziny. Na Internecie wysłałem trochę wiadomości na couchsurfingu, szukając hosta albo w Lizbonie, albo w Porto. Skoro już jestem w Portugalii, to chciałbym zobaczyć któreś z tych dwóch miast.
W drodze powrotnej zatrzymał się Frank i Cecylia. Lubię ich. Z Frankiem miałem wcześniej lekki problem z powodu Ingrid, ale już mi przeszła ta dziecinna zazdrość. Cecylia jest Portugalką. Spokojna, miła, piękna w łagodny, nienarzucający się sposób.

Nie wiem, czy to pogoda, długi spacer, czy cydr, ale do obozu wróciłem w wyśmienitym humorze. Nad rzeką spotkałem Piotrka. Dałem się mu namówić na kąpiel w rzece. Woda była lodowata! Kiedy zamoczyłem stopy, prawie stchórzyłem, ale wreszcie przemogłem się i wskoczyłem na golasa. Cudowne orzeźwienie.
Po wyjściu z wody natknąłem się na Nicka rozmawiającego z jakimś starszym, miejscowym panem. Tubylec mrugnął do mnie porozumiewawczo i odchylił połę marynarki, spod której wystawała szyjka butelki. Wypiłem kieliszek swojskiego bimbru z jagód, szczerze pochwaliłem i poszedłem się wysuszyć.
Teraz leżę przy głównym kręgu, słucham muzyki i obserwuję ludzi. Relaks.

Jestem zadowolony z tego obrazka. Duża ilość wolnego czasu i brak „praktycznych” obowiązków to najlepszy przepis na kreatywność.
Myślę o tym uczuciu z dzisiaj, w czasie spaceru do Aguiar da Beira. Człapiąc sobie po portugalskiej szosie, słuchając Beaty Bocek, to była naprawdę fajna sprawa. Dobrze byłoby utrzymać ten stan świadomości cały czas, albo chociaż częściej, niż teraz. Ale to nie jest łatwe. Jestem (albo jesteśmy, jako całość ludzkości) na określonym etapie, na drodze do tej wolności. Utrzymanie takiego stanu nie jest jeszcze możliwe. To długi proces pozbywania się ego, przywiązań, pragnień. Ale nie martwię się. Ta droga też jest ekscytująca. Satysfakcja z przejścia kryzysów i wynurzenie się po drugiej stronie. Choćby nawet na chwilę, na nabranie energii przed kolejnymi próbami.
Jestem cholernie naładowany seksualnie. Rozłąka z dziewczyną, słońce, nagość, lenistwo. Dobrze jest czuć tę kipiącą w środku energię.

wieczór, w namiocie
Jest już koło jedenastej. Choć chłodno, to już nie te chłody, co jeszcze kilka dni temu, kiedy po zachodzie słońca uciekałem do śpiwora. Humor mi dzisiaj dopisywał. Odwiedzili mnie Piotrek i Michał. Chciało im się słodkiego, a wiedzieli, że mam prowiant. Nakarmiłem ich goframi i dżemem. Później włączyłem im „Zabierz mnie do domu”. Odlecieli, nie spodziewali się, że moja muzyka będzie miała ręce i nogi. Pewnie sprawiam takie nieprofesjonalne wrażenie:).

Przy ognisku na początku było bardzo fajnie. Muzyka, tańce, śpiewy. Ale w końcu zaczęło mi czegoś brakować. Wprawdzie alkohol jest zabroniony, ale za to wszyscy kopcą tyle zioła, że po pewnym czasie gubię łączność.
Estrella, bidulka, była bardzo smutna, płakała. Chyba pokłóciła się z chłopakiem. Pogłaskałem ją po dredach, pocieszyłem, jak mogłem.
Paweł, Polak: ciekawy charakter. Jakoś tak po czterdziestce. Czerwony nos, różowa czapeczka, ciągle w biegu. Sympatyczny, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany, zadowolony w swoim własnym świecie.
Dobranoc.

29.04.2016

Viseu
wieczór
No i wyjechałem. Stwierdziłem, że nie chce mi się czekać, aż ktoś z Rainbow pojedzie na wschód. Koło południa spakowałem plecak, namiot (nie jest aż tak źle wagowo, jak się bałem) i poszedłem. Po drodze spotkałem Nicka, pożegnałem się. Później zatrzymałem się w „moim” barze. Plan miałem taki, żeby dojść do Aguiar da Beira i tam złapać autobus do Viseu. Okazało się jednak, że grupka ludzi z Rainbow jechała do Porto, a Viseu jest po drodze. Zabrali mnie więc ze sobą, dzięki czemu zaoszczędziłem energii, pieniędzy i czasu.
W Viseu poszedłem do hotelu, tego samego, w którym zatrzymałem się po przybyciu do Portugalii. Dostałem miły pokój z balkonem, lepszy niż ostatnio. Poszedłem połazić po mieście. Odwiedziłem też supermarket i zrobiłem zapasy na drogę i na wieczór. Wziąłem prysznic, pojadłem, pogadałem z Petią i teraz odpoczywam przy telewizorze.

Pod hotelem zapytałem taksówkarza, ile będzie kosztował mnie przejazd na stację benzynową na autostradzie. Tylko dziesięć euro. Skorzystam.
To był dobry wyjazd, ale jednocześnie czuję ulgę, że wyrwałem się z Rainbow.
Poczułem bardzo mocno, że nie chcę już „przesuwać granic”. Ekspandować i łamać tabu. Mam coraz silniejsze pragnienie spokoju, znalezienie swojej niszy, zaakceptowania swoich ograniczeń. Chciałbym zbudować swój mały azyl, w którym będę mógł się schronić, tworzyć, kochać. Od czasu do czasu wyrwę się gdzieś na poniewierkę, tak jak teraz, ale najbardziej chce mi się Domu. Chyba zawsze tak było, teraz jednak widzę to jaśniej. Jestem zmęczony podróżą. Tą konkretną i ogólnie, życiową.

***

Boli mnie gardło. Nie doleczyłem przeziębienia. Ostatni miesiąc sporo wymarzłem, ale na szczęście nie zachorowałem na żołądek. Na Rainbow sporo ludzi miało problemy. Myślę, że z jednej strony to była wina niepewnego źródła wody, a z drugiej braku higieny. Kiedy dziś rano okazało się, że pewien chłopak złapał salmonellę, to naprawdę poczułem, że czas się zbierać.
Spacerując po Viseu, zauważyłem:
- Portugalczycy mają grube, krzaczaste brwi. Nawet dziewczyny.
- Dziewczyny mają duże tyłki.
- Jest tutaj kiepski wybór egzotycznego jedzenia, gorszy nawet niż w Polsce.
- Żyje się tu powoli i cicho. Widać to nawet w sposobie, w jaki ludzie chodzą po ulicy. Powoli, leniwie. Jak antyteza Hiszpanii.
- Ale łóżka w hotelach ścieli się tutaj tak samo, jak w Hiszpanii. Nie istnieją kołdry (hiszp. „nordicos”). Śpi się po prześcieradłami i kocami.
- Tani chleb, tanie wino, drogie słodycze i sery.
Delektuję się czystą pościelą. Cicho brzęczy telewizor. Sączę czerwone wino i czytam książkę.

30.04.2016

gdzieś w Portugalii
przed południem
Początek podróży mam z przygodami. Spod hotelu wziąłem taksówkę. Poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie do najbliższej stacji benzynowej na autostradzie. Niestety, okazało się, że stacja była zamknięta. Musiałem jechać do następnej. Z dziesięciu euro zrobiło się siedemdziesiąt. Z goryczą pomyślałem, że za tyle, to mógłbym polecieć samolotem. Tak czy inaczej miałem tylko czterdzieści. Umówiłem się z taksówkarzem, że resztę przyślę mu po powrocie do domu. Tak więc na wstępie rozpieprzyłem więcej kasy, niż miałem na całą podróż. Takie są uroki włóczęgi.
Stacja jest mała, pusta. Stoi tylko jeden tir na czeskich blachach. Porozmawiałem z kierowcą, ale okazało się, że jest ich dwóch. Uzbrajam się więc w cierpliwość. Ciężarówki śmigają autostradą, a ja siedzę, samotny, biały żagiel, na pustej stacji. Na szczęście pogoda i humor dopisują. Na wszelki wypadek rozglądam się za miejscem do obozowania. Wąska ścieżka prowadzi pod górę do małego zagajnika. Jeśli trzeba będzie, to znajdę miejsce na rozbicie namiotu.

po południu
Nic się nie dzieje. martwo. Zjadłem chleb z oliwkami, pomidorem i kawałkiem bri, zapaliłem papierosa.
Podoba mi się podróżowanie samemu. Jest w tym spokój, wolność. Nikt nic nie mówi, niczego ode mnie nie chce, nigdzie się nie śpieszę. Ktoś się zatrzyma, czuję radość. Nikt? Wreszcie ktoś musi mnie zabrać.

pod Madrytem
18:00
Zabierałem się właśnie za książkę na tej cichej stacyjce w Portugalii, kiedy zatrzymał się chłopak, Walley. Okazało się, że jest Giblartarczykiem, mieszkającym na stałe w Portugalii. Wybierał się do Murcii w Hiszpanii, żeby poprowadzić kurs permakultury. Gadaliśmy całą drogę. Najpierw o pierdołach, później weszło na związki, bitników, literaturę, duchowość, muzykę. Kiedy rozmawiam z kimś oczytanym, to mam wrażenie, jakbym stał w nurcie orzeźwiającego strumienia. Rzadko mam okazję.
Miał mnie wysadzić pod Salamanką, ponieważ odbijał w stronę Madrytu, a ja planowałem wracać tą samą drogą, jaką przyjechałem, czyli przez San Sebastian. Stacja pod Salamanką była jednak kiepska i w końcu zadecydowałem, że pojadę w stronę Madrytu, a stamtąd pokieruje się na Barcelonę.
Tak się zagadaliśmy, że przejechaliśmy ostatnia stację przed jego zjazdem. Choć miło spędzaliśmy czas, nie miałem ochoty skończyć w Murcji. Wysadził mnie więc na autostradzie i musiałem wrócić piechotą jakieś dwa kilometry.
Na stacji nic się nie dzieje. Stoją trzy polskie vany, ale okna zasłonięte, chłopaki najwidoczniej śpią. Usiadłem w cieniu i czekam, aż któryś się obudzi. Zobaczymy, czy będę miał szczęście.

wieczór
Nie udało się nic złapać, ale jeden z polskich kierowców zaproponował, żebym rozłożył sobie śpiwór na pace jego ciężarówki. Ulżyło mi, bo nie miałem gdzie rozbić namiotu, a wieje straszliwie i ziąb, więc nie było mowy, żebym spał pod gołym niebem. Do tego kręci się tutaj jakieś szemrane towarzystwo. Młody Cygan, narkoman obmacuje wzrokiem mój plecak i próbuje od wszystkich wysępić na benzynę, bo skończyło mu się paliwo. Nie czuję się tutaj bezpiecznie.

Na pace nie wieje, choć cała ciężarówka kolebie się od wiatru. Czuję się, jak na łajbie. Rozłożyłem karimatę, śpiwór i od razu poczułem się lepiej. Jakieś schronienie jest. Mam też książkę.
Pozostali dwaj kierowcy byli w supermarkecie. Kupili mi wino na rozgrzewkę. Miło z ich strony. Za to z prowiantem kiepsko. Taksówka z Viseu rozpieprzyła mi budżet. Przekąsiłem coś z moich skromnych zapasów (bułkę, czekoladę, ciastko i jabłko). Zaraz pewnie zasnę, jestem zmęczony.

01.05.2016

pod Madrytem
11:00
Gdyby nie gościna chłopaków, to kiepsko byłoby ze mną w nocy. Bardzo spadła temperatura. Myślę, że mogło być nawet jeden, dwa stopnie. Wiatr również wcale nie zelżał. Nad ranem nawet tutaj, w środku, nie było łatwo. Nie spałem już gdzieś od czwartej, nie dałem rady. Dopiero około siódmej zaczęło się ocieplać.
Wczoraj chłopaki zaprosili mnie na pogaduszki przy piwie. Sympatyczni, młodzi ludzie. Najstarszy miał jakieś dwadzieścia pięć lat. Na koniec imprezy zagrałem im kilka swoich kawałków. Widziałem, że docenili. Każdy nagrywał filmik, przeżywając, że odbył się u nich niespodziewany koncert, który ocieplił trochę obcość tej brudnej, pełnej ćpunów i prostytutek, stacji benzynowej.
Dziś niedziela. Nie wiążę wielkiej nadziei z wyjazdem. Chłopaki dopiero jutro dostaną zlecenia. Jeden z nich, Bartek, zaproponował, że mogę się z nim zabrać.

14:30
Postałem na chwilę przy wylocie ze stacji, ale nie miało to większego sensu. Nie było żadnego ruchu. Podszedł do mnie Jose, bezdomny starszy pan, który od miesięcy mieszka z psem na tej stacji. Miał szczere, mądre oczy. Ostrzegł mnie przed narkomanami i złodziejami, od których się tutaj roi. Sam to już zauważyłem. Zaprosił mnie na jedzenie, a na koniec dał cztery papierosy. Powiedział, że ludzie ulicy muszą sobie pomagać.
Ciągle wieje, więc wróciłem na pakę ciężarówki.
Tęsknię za Petią. Jutro ma urodziny. Narysuję jej coś w prezencie.

18:00
Dzień mija leniwie. Kierowcy (Bartek, Mariusz i Piotrek) wrócili z wycieczki do Madrytu. Bartek zaprosił mnie na obiad. Miał kurczaka. Kiedy dowiedział się, że jestem wegetarianinem, zaproponował ziemniaki i jajka. Wprawdzie nie jadam jajek, ale machnąłem ręką i usmażyłem sobie jajek sadzonych (pierwszych od dwudziestu lat). Przezwyciężyłem obrzydzenie i zjadłem je z ziemniakami. Bartek użyczył mi telefonu. Zadzwoniłem do Petii i mamy, żeby się nie martwiły.

Teraz z pełnym żołądkiem leżę w ciężarówce i drzemię. Poddałem się nurtowi. Kiedyś wreszcie dojadę do domu, kiedyś spotkam się z Petią, kiedyś dowiem się, o co chodzi w życiu, kiedyś stanie się wszystko, to co ma się stać.

Droga

Autostradą sunie aut sznur.
Czasami czuje bezkresny mur,
XXI wiek, a wkoło prastary bór.
W nim ja.
Czyżbym tylko ja to czuł?
W słuchawkach DonGuralesko.
Czasami trąci groteską,
a czasami… Wiesz co?
Jakby ktoś otworzył księgę mądrości.
Mądrość, słów roztropność, jak ją posiąść?
Ogarnąć miłością, zrozumieniem?
Samotność.
Sprośność.
Jadąc wstęgą asfaltu,
autostradą,
autostopu mistyką,
czasami rozum błądzi,
syci się filozofią,
oderwaną od lodowca krą,
a czasami zwykłą chucią,
widokiem cycków,
na stacji pod Murcją.

A co?
A ja jadę w przód,
przede mną stary gród.
Gdy go minę, znów benzyny smród.
Czasami mam już dość.
Czasami jestem Buddą Siddhartą,
Wilkiem stepowym,
bitnikiem.
Czasami chłopcem,
co wysyła w gwiazdy
wołanie o obecność.

Bezdomny na trasie,
daje pomidory, cztery fajki, jego blask nie gaśnie.
U stóp czarny pies, to przyjaciel właśnie.
Czarodzieje szos, kula ich nie draśnie.
To są jogini drogi.
Kocham te baśnie.
Nie ma takiej samotności, jak na trasie.
Nie ma takiej ekstazy.
Czasem słońce, czasem deszcz…
To nie Bollywood.
Marzenia, smutki, czasem wkurwia coś.
Wiesz, o łóżku nie marzysz tak nigdy,
jak wtedy, gdy ci drogi zbrzydły.

Obce języki, nieufne twarze,
iluzje prysły.
Ale właśnie wtedy, gdy demony wstają,
pęka mydlana bańka, nic na mnie nie mają.
Bla, bla, bla, niech sobie grają,
niech nęcą i grożą, złoto dają.
Nigdy tak nie czułem miłości,
jak sam, na stacji, nocą,
odpędzając macki nicości.

***

Oziębia się błyskawicznie. Godzinę temu siedziałem jeszcze bez koszulki, a teraz już włożyłem koszulę, bluzę, kurtkę, a i tak chłód podgryza. Niedługo wskakuję w śpiwór. Napisałem wiersz, czy raczej przelałem na papier strumień świadomości. Koślawy, ale czasami w poezji łatwiej uchwycić subtelne odczucia, nie przekładające się na prozę. Narysowałem też dwóch starożytnych joginów. Siwaitę i Wajsznawę. Moja sympatia kieruje się ku niebieskiemu. Wdzięczny jestem za moje wewnętrzne przywiązanie do osobowego aspektu Absolutu. Jest on moją przytulnością i radością. Ale Siwaitę, impersonalnego nurka po bezosobowym oceanie też lubię. Rzucił się wpław przez wielkie morze, nie wierząc w wielkiego Rybaka. Taka odwaga zasługuje na podziw. A zresztą Rybak i tak mu pomoże, tak samo, jak mi. Dlatego skradł moje serce ten z miłością drwiący z nas Kryszna.

02.05.2016

pod Madrytem
południe
Ciągle czekam. Dziś jakieś święto w Madrycie, więc możliwe, że poczekam do jutra. Przyznam się, że chciałbym już jechać. Gdziekolwiek, żeby tylko już ruszyć się z tej stacji. Kupiłem w sklepie chleb, odrobinę sera i sok. Dokończyłem obrazek dla Petii. Dołożyłem kropkowanie, którego ostatnio sporo używam. Myślę, że dodaje głębi ilustracjom.
Mimo czekania, czuje się w miarę wyciszony. Czas zabijam książką, rysowaniem i muzyką.

03.05.2016

pod Jaen
rano
Bardzo dziwną trasą jadę do domu. Bartek dostał wreszcie dzisiaj zlecenie. Niestety nie na wschód, ale na południe, prawie przy samej Granadzie. Byłem już jednak tak zmęczony tamtym miejscem, że machnąłem ręką i pojechałem, żeby tylko zmienić scenerię.
Patrzę na mapę i wydaje mi się, że mam tyle samo kilometrów do domu, co z Viseu. W piąty dzień podróży. Buhahahaha:)
Czekamy teraz na następne zlecenie, modląc się o drogę na wschód.

***

Andaluzja przywitała pustynnym gorącem. Było ponad trzydzieści stopni. Teraz jest już wieczór, który przyniósł trochę ulgi, ale i tak siedzę bez koszulki. Kleję się i cuchnę. Ostatni prysznic wziąłem w piątek, w Viseu.
W restauracji, za ostatnie drobniaki kupiłem sobie szklankę świeżego soku z pomarańczy. Nigdzie pomarańcze nie smakują tak, jak tutaj. Nie zawiodłem się, to była rozkosz.
Spać będę znów na pace, bo tutaj nie ma się gdzie rozbić. Bartek smaży jajka na cebulce. Mnie upał zupełnie pozbawił apetytu.

Streszczenie wydarzeń od wczoraj:

1. Pożegnalna impreza z chłopakami. Zrobiłem dla wszystkich spaghetti z cieciorką, oliwkami i serem. Jedli, aż im się uszy trzęsły. Cieszę się, że mogłem się odwdzięczyć za gościnę.
2. Nauczyłem ich grać w kości (w pokera). Rozegraliśmy kilka partyjek przy piwie.
3. Zadzwoniłem do Petii. Mieliśmy małe spięcie. Wkurzyła mnie swoją opryskliwością. Rano dowiedziałem się jednak, że miała trudną sytuację w domu, więc mi przeszło.
4. Dziś pomagałem Bartkowi załatwiać sprawy w biurach. Przydał się mój hiszpański.

późna noc
Nie wiedziałem, co dzisiaj czytać. Miałem trochę dosyć Nekroskopa, zmęczył mnie ten naiwny horror. Zastanawiałem się nad Sołżenicynem, ale dałem sobie spokój. Dobrze się czyta, wciąga, ale nie miałem ochoty na zanurzenie się w oceanie okrucieństwa i totalitaryzmu. Przypomniałem sobie rozmowę z Walley’em, o książkach i bitnikach. Okazało się, że mam na kindlu „W drodze” Kerouac’a. Zacząłem z oporami. Zmęczony miesiącem podróży, tęskniłem za domem, łóżkiem i wanną, więc przytłoczyła mnie włóczęgowska narracja. Ale niezauważalnie wciągnęło mnie po same uszy i nawet nie chce mi się spać.
Zmęczenie podróżą zmieniło się nagle w zadowolenie z drogi, wyzwań i przygód.
Trzeba jednak szykować się do spania, jutro kolejny, długi dzień.
Bartek ogląda w kabinie jakiś kryminał z Dorocińskim. Na wietrze sucho szeleszczą liście jakiegoś południowego drzewa. Gdzieś obok przyciszona rozmowa po hiszpańsku. Banalna muzyka z baru. Kleją mi się oczy.

04.05.2016

pod Jaen
rano
Ciepły poranek na andaluzyjskiej stacji. W restauracji kupiłem pączka, sok pomarańczowy i kawę. Zapłaciłem kartą. Myślę, że dobijam już do granic debetu. Czekamy na zlecenie. Ciekaw jestem, gdzie nas rzucą. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby była to Granada. Z chęcią przywitałbym się z Sacromonte, Alhambrą i cyganami.
Miło obudzić się bez kaca. Lekkość, ciepło, kołyszące się leniwie palmy, ćwierkające ptaki. Rozochocony pogodą, wykąpałem się za samochodem chłodną wodą z butelki. Od razu lepiej.

pod Walencją
wieczór
Po oliwkowych gajach Andaluzji przyszła kolej na katalońskie sady pomarańczowe. Nie jest już tak gorąco. Tniemy autostradę, ale jestem zbyt zmęczony, żeby się tym cieszyć. Nie interesują mnie już widoki za oknem. Egzotyka straciła urok. Z niechęcią patrzę na obłe, zmurszałe góry i zgniłą, pozbawioną blasku zieleń. Tęsknię za domem, moją żyzną Europą Wschodnią. Najchętniej bym się zdrzemnął, ale nie dam rady. Bartek to prawdziwy pirat drogowy. Pisze smsy, wbija coś w GPSa, dzwoni, je, pije, wyprzedza, hamuje, przyśpiesza. Typowy narwany chłopak.
W Alicante zapakowaliśmy ładunek do Bratysławy. Dziś w nocy mamy dojechać do Barcelony. Niestety, ładunek jest zbyt mały, Bartek będzie musiał czekać na przynajmniej jeszcze jedno zlecenie.

05.05.2016

pod Barceloną
południe
Ogromny parking, a na nim chyba z piętnastu polskich kierowców. Zrobiłem ziemniaczki, mizerię z koperkiem i kotlety z fasoli, Bartek był wniebowzięty. Jeśli chodzi o mnie, to skurczył mi się żołądek, tak że dużo nie zjadłem, a oprócz tego zmagam się ze strawieniem smażonek.
No i czekam.

wieczór
Jadę do domu! Zmieniłem kierowców. Przeniosłem się do Arka, kierowcy busa, którego spotkałem pod Barceloną. W sobotę ma ślub kolegi, więc śpieszy mu się bardzo, co jest mi na rękę. Droga będzie ciężka. Arek chce jechać bez przerwy, a ja mam pilnować, żeby nie zasnął. Nie wiem, jak wytrzymam, bo już padam na ryj po tylu dniach autostopu.

***

Często ludzie nie zdają sobie sprawy, jak męczący może być autostop. To nie tylko widoki, przygody i darmowa jazda. Za najbardziej wyczerpujący aspekt uważam konieczność podtrzymywania rozmowy z kierowcami. Człowiek jest już zmęczony, tęskni za samotnością, ciszą, prywatnością, ale przyzwoitość wymaga odpłacenia się jakoś kierowcy, który zdecydował się zabrać kompletnego nieznajomego. Jeszcze pół biedy, jeśli ma się wspólne tematy, jak na przykład było z Walley’em z Gibraltaru, albo Arkiem, z którym dojechałem do Viseu. Jednak z reguły kierowcy profesjonalni to proste chłopaki i jakoś mijamy się w rozmowie. Prostota nie musi być wadą. Gorzej, kiedy wchodzą tematy światopoglądowe i polityczne. Wielu z nich posługuje się światopoglądem będącym mieszanką nacjonalizmu, rasizmu, niechęci do innych nacji, koloru skóry, odmienności seksualnej, etc. Co mam wtedy robić? Unikam tematu.

06.05.2016

gdzieś we Francji
rano
Po trzech godzinach snu (od trzeciej do szóstej) napiliśmy się kawy, odlali i ruszyliśmy w drogę. Za jakąś godzinę mamy wyjechać z Francji. W Tychach powinnyśmy być około północy.
Pięknie jest we Francji. Sycę oczy soczystą zielenią łąk i lasów, niebieskim niebem, niebieskim do szaleństwa i żółcią rzepaku.


Pocieszyłbym się tym w ciszy, ale nie da rady. Arek nie przestaje głośno przeklinać kierowców. „Pedał jebany”, „żabojad pedalski”, „skurwysyn niewyskrobany”, „czarnuch śmierdzący”. Albo dzieli się mądrością: „Ciapaci, kozojebcy pierdoleni przejmą ten gościnny kraj. I dobrze tak tym skurwiałym żabojadom”.
Kurwa, no próbuję dostrzec w każdym dobre strony, nieraz o tym pisałem. Ale czasami, tak jak teraz, to jest niezmiernie trudna sprawa. Chciałbym, żeby się już zamknął.

Niemcy
południe
Zaraz za granicą natknęliśmy się na pierwszy korek. Trochę dalej następny. Arek postanowił to wykorzystać i zatrzymaliśmy się na godzinną drzemkę. Choć w samochodzie mnie ścinało, to teraz nie mogę spać. Autostrada ryczy, gdzieś tam w tle z trudem przebija się śpiew ptaków. Zdusiłbym z chęcią ten silnikowy, ohydny hałas i posłuchał po prostu śpiewu ptaków i szumu wiatru. Mierzi mnie trywialność wulgarnych rozmów, nachalnej, głupiej cywilizacji. W bezsensownej gonitwie próbuję usłyszeć dźwięk serca, ale bez powodzenia. Ludzkość się gubi. Nie czuję dziś współczucia. Tylko znużenie i nudę. Gdzie pędzicie ludzie, po co ten pośpiech, głupota i strach?

07.05.2016

Tychy
rano
Jestem, ojczyzno!
Kiedy wjechaliśmy rankiem do Tychów, z wielką ulgą wysiadłem z samochodu Artura. Nie wiem, co mnie bardziej wykończyło: sama jazda, brak jedzenia, czy on. Tyle złości i frustracji, nie do pojęcia. Wczorajszy dzień upłynął mu na telefonicznych kłótniach z dziewczyną. Przyczepił się do niej o jakąś bzdurę. Wrzeszczał na nią jak szalony, wyzywał od idiotek i pizd. Było mi jej trochę szkoda, ale z drugiej strony to był tylko cholerny telefon. W każdej chwili mogła się rozłączyć.
No ale to już mam z głowy.
W Tychach dopisało mi szczęście. Pierwszy trolejbus z przystanku jechał do samego dworca PKP, a już po chwili wsiadłem w pociąg, którym dojadę do samego domu.
Za jakieś trzy godziny zrzucę śmierdzące łachy, wykąpię się i zjem coś ciepłego.
Choć zmęczony, czuję radość. Świeci mocno słońce, zapowiada się gorący dzień. Pociąg jest pełen dzieciaków z plecakami, pewnie wybierają się na górską wycieczkę. Podekscytowane, uśmiechnięte, rozmawiają z ożywieniem. Ogarnęło mnie miłe rozleniwienie.

Na tym zakończę dziennik z podróży. Bez syntezy i poezji, bez puenty.

Ta sama relacja ze zdjęciami jest tutaj:

http://garsc-drobnych.blogspot.co.uk/20 ... rwsza.html

http://garsc-drobnych.blogspot.co.uk/20 ... druga.html

http://garsc-drobnych.blogspot.co.uk/20 ... zecia.html

Statystyki: autor: kalpek — 07 października 2016, 20:32


]]>
2016-10-07T20:30:40+00:00 2016-10-07T20:30:40+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=974&p=4251#p4251 <![CDATA[Relacje z podróży • Podróż w tonacji molowej 1]]>
06.04.2016

jeszcze Polska
rano
Siedzę w pociągu do Katowic. Naprzeciwko drzemie Petia. Za oknem zielona wiosna, słońce i zapach nowej trawy. Licealiści patrzą w komórki albo nerwowo wymieniają się szkolnymi informacjami.
Rozpocząłem podróż.
Wstałem wcześnie, przed piątą, w kiepskim nastroju. Pozlepiała mnie niemoc, brak energii, celu. Patrzyłem żałośnie na spakowany plecak, podczas gdy Petia robiła herbatę. Po co mi to? Co próbuję sobie udowodnić? Przed czym uciekam? Ludzie myślą, że ot tak, z lekkim sercem ruszam w świat. Ostatnie kilka dni dostawałem lekko zazdrosne życzenia szerokiej drogi i wielu przygód. Przyjmowałem je z uśmiechem, od czasu do czasu rzucając zadziornymi żartami. Że co tam te parę tysięcy kilometrów, taka moja cygańska dusza. Ale to nie tak. Nie mam lekkiego serca. Wyjeżdżam właśnie dlatego, że ciąży mi to serce niemiłosiernie i chcę jakimś sposobem zrzucić przygnębienie i cynizm, który zaczął coraz bardziej obrastać mi duszę. Zapuściłem się, cholera.
Więc choć jestem w kawałkach, choć serce boli po rozwalonym małżeństwie, choć Weltschmerz do potęgi, to spakowałem śpiwór, ukulele, blaszany kubek i jadę, próbując coś zostawić, coś znaleźć.
Z Petią rozstajemy się w Katowicach. Ona jedzie autobusem do Pragi, stamtąd z ojcem do domu, do Teplic, a ja będę szukał jakiejś wylotówki na Wrocław. W Katowicach zaopatrzę się w prowiant i zamienię złotówki na euro. Budżet to 450 złotych. I jeszcze „rezerwa” na angielskim koncie, gdzie mogę wejść na debet, ale wolałbym raczej nie.
Dobrze, że słonecznie, ciepło. Wiosna umila start. Spod przygnębienia z trudem przebija się ekscytacja przygodą, nieznanym, wyzwaniami.
Jeśli dobrze pójdzie, to dzisiaj przekroczę granicę w Zgorzelcu.

07.04.2016

pod Frankfurtem
Wczoraj autostop szedł przepięknie. W Katowicach zdecydowałem się wziąć taksówkę na wylotówkę z miasta. Wydałem sto złotych, ale chciałem jak najszybciej znaleźć się na trasie. Na pierwszej stacji czekałem niecałe dwadzieścia minut, aż zatrzymał się starszy pan pracujący dla jakiejś firmy kolejowej. Miły facet tuż przed emeryturą. Ponarzekał na nowe porządki na kolei i z nostalgią wspominał komunę. Przed Wrocławiem włączył CB i spróbował wywołać jakiegoś kierowcę zmierzającego na Niemcy. Odezwał się Andrzej. Zajechał na stację i zabrał mnie do Chemnitz. Było wcześnie, dopiero koło szóstej po południu, pomyślałem więc, że jeszcze postoję z kciukiem w górze. Dobrze zrobiłem, bo dosłownie po piętnastu minutach zatrzymał się sympatyczny chłopak spod Lublina. Jechał do pracy w winnicy. Przejechałem z nim jakieś trzysta kilometrów na sporą stację za Frankfurtem. Z uśmiechem popatrzyłem na mapę. Nieźle. Pierwszego dnia zaliczyłem około tysiąca kilometrów. W tym tempie byłbym w Portugalii już w weekend. Ale wolałem nie zapeszać. Hiszpania jest ciężka dla autostopowiczów, Francja zresztą też.
Wieczorem, już po dziesiątej rozbiłem namiot w chaszczach za stacją. Zajęło mi to z pół godziny. Dawno nie używałem mojego namiotu, a poza tym było już ciemno. Byłem zmęczony. Nie tylko fizycznie, ale też psychicznie, więc długo nie mogłem zasnąć. Minęło kilkanaście lat, odkąd podróżowałem stopem. Zapomniałem o największej zmorze autostopowicza: niekończących się, grzecznościowych rozmowach z coraz to nowymi kierowcami. Gdzie jedziesz? A po co? Nie boisz się? Jaką masz pracę? Masz żonę? Dzieci?

Męczyły mnie też myśli o Tani. Tak się złożyło, że wszyscy kierowcy byli w długoletnich, udanych związkach. Ich historie przypomniały mi boleśnie, co utraciłem i za czym tęsknię. Stabilizacja, zaufanie, schronienie. Zastanawiałem się czy nie wrzucić ostatniej pozostałej tabletki relanium, ale zrezygnowałem. Powiedziałem sobie, że to jest podróż dla odkrycia siebie, bez Tani, bez Petii, po prostu włóczęga dla samej idei i nikt mi tego nie zepsuje. Uspokoiło mnie to. Tuż zanim przyszedł sen, przemknęło mi przez głowę, że dobrze byłoby jutro spotkać jakichś szczęśliwych rozwodników. Dla równowagi.

***

Rano, spędziłem godzinę na obieraniu śpiwora, plecaka i ubrań z przylepnych nasion jakiegoś chwastu. Wczoraj po ciemku przedzierałem się przez zarośla i tam nałapałem tego paskudztwa.
Gdy wyszedłem z namiotu, zdałem sobie sprawę, że rozbiłem namiot w samym środku króliczego miasta. Otaczały mnie dziesiątki króliczych nor. Kiedy wracałem na stację, jeden skubaniec śmignął mi spod stóp. Był wystraszony bardziej ode mnie.
Teraz piję kawę (dwa euro), palę skręta i zaraz idę się wysrać. A później dalej, w drogę.

***

pod Mulhouse
Zdaje mi się, że to tyle na dziś. Już szósta. Jestem pod Mulhouse we Francji. Zmęczony jak cholera. Piję wino na rozjaśnienie nastroju. Dzień był dobry. Spotkałem kilku miłych ludzi. Najpierw pod Frankfurtem jakiś facet przyniósł mi kawę i życzył szczęścia w podróży. Później zatrzymał się Axel. Pracuje w niemieckiej telewizji. Niedługo zaczyna projekt związany z Polską, który wymaga kilkumiesięcznego pobytu w kraju. Nie zrozumiałem, czym dokładnie będzie się u nas zajmował. Rozmowa zeszła na politykę. Spytał, czy naprawdę jest w Polsce tak źle, jak się u nich mówi. Nie ukrywałem, że różowo nie jest. Autorytarne zapędy PiSu są przerażające, rosnący nacjonalizm i rasizm są na porządku dziennym, coraz to nowe pomysły rządu wydają się żywcem wzięte z filmu Kusturicy. Tą rozmową z inteligentnym, sympatycznym Niemcem przypieczętowałem swoją pozycję Polaka gorszego sortu, który pierze brudy poza domem. Ale tak już jest. Moja tożsamość jest bardziej europejska i lewicowa, niż narodowa.
Po Axelu złapałem Steve’a w nowiutkim kamperze. Zrobił sobie wakacje od życia rodzinnego. Po rozwodzie. On ma swoje dzieci, jego nowa żona swoje i trochę się to nie układa. Po krótkiej rozmowie miałem wrażenie, że problem leży w tym, że stworzyli sobie dwa obozy: ja z moimi dziećmi, ty z twoimi i teraz każdy obóz walczy o przewagę. Nie wiem, jak mogłaby wyglądać wygrana któregokolwiek z obozów. Ale jak mógłbym oceniać? Widzę po sobie, jak łatwo utknąć w emocjonalnych szaradach. Steve przypadł mi do gustu, choć dostrzegłem w nim jakąś ciężką do zdefiniowania słabość. Przy czterdziestu siedmiu latach wydawał się chłopcem, z dobrymi i złymi stronami dziecka. Sam zresztą się do tego przyznał.
Patrzył na mnie z podziwem.
- Też bym tak chciał. Gdybym tylko mógł się wyrwać… - wyjąkał. – Ty to jesteś odważny i wolny.
Pokręciłem głową.
- To nie tak. Wolność nie przychodzi łatwo. To jest ciągła walka. Też czuję się małym chłopcem. Też bym chciał, żeby ktoś się mną zaopiekował i żebym wreszcie mógł odpocząć. Ale czy gdyby ktoś tak się zjawił, czy naprawdę bym tego chciał?
- Nie chciałbyś? – spytał.
- Nie wiem… Może i tak. Ale to takie gadanie. Fakty są takie, że jestem sam, nikt nie bierze mnie pod swoje skrzydła. Więc muszę pokonywać słabość i strach. Muszę raz za razem ustanawiać moją wolność. Nie mam po prostu innego wyjścia.
Nie powiedziałem mu, że najważniejsza wolność – od siebie, ciągle mi umyka.
Dobrze się rozmawiało.
Następny kierowca, również Niemiec, w średnim wieku, mówił bardzo kiepskim angielskim. Mimo to udało nam się jakoś porozumieć mieszanką angielskiego, hiszpańskiego i francuskiego (ten ostatni język to raczej z jego strony). Zapalony motocyklista, włóczęga, uśmiechnięty, przystojny, szczęśliwy. Jechał właśnie na zlot szamański. Wyczułem w nim wesołego trickstera, któremu, mimo jego urokowi, nie można ufać
- Wiesz, stary – powiedział mrużąc drwiąco oczy – miłość to jedna sprawa, seks to coś zupełnie innego. Dobra zabawa, ot co się naprawdę liczy. Mam prawie pięćdziesiąt lat. Sypiam z dziewczynami o trzydzieści albo dwadzieścia lat młodszymi, podróżuję, robię, co chcę, odkrywam siebie, świat.
- A miłość?
- Mam żonę i kocham ją z całego serca. Ale co ma jedno do drugiego? – wzruszył ramionami. – Nie gryź się, bracie. Za dużo się gryziesz, to widać. Dobra zabawa. Tego potrzebujesz. Dobra zabawa…
Przytaknąłem bez przekonania. Dobra zabawa. Co to znaczy? Dlaczego po „dobrej zabawie” często czuję się pusty i jałowy? Może facet ma rację, może za bardzo się gryzę. Ale ciągle nie potrafię sobie wyobrazić życia, jeśli miałbym porzucić mój nadszarpnięty wprawdzie, ale ciągle tlący się idealizm.
Herr Trickster wysadził mnie w paskudnym miejscu. Na opuszczonym parking, na granicy niemiecko-francuskiej. Chciał dobrze, kiedyś musiało to być ruchliwe miejsce, o czym świadczyły ruiny wielkiej restauracji. Teraz jednak, oprócz dwóch zardzewiałych wraków bez kół, warstwy pustych butelek i starych gazet, nie było tam nic. Rozejrzałem się, gdzie mógłbym złapać kogoś z autostrady, ale samochody pędziły jak szalone, nie było szans.
Nagle zatrzymał się wóz, z którego wysiadła dziewczyna z plecakiem. Ucieszyłem się, poznając w niej autostopowiczkę. Podszedłem się przedstawić. Dziewczyna przywitała mnie zimno, nie patrząc na mnie, rozglądając się po parkingu. Zdała sobie sprawę, że wylądowała w kiepskim miejscu, a na dodatek miała we mnie konkurencję. Przykro mi się zrobiło. Miałem ochotę na damskie towarzystwo, ale nie chciałem się narzucać. Dziewczyna przyjęła to z widoczną ulgą. Machnęła mi na odczepnego i stanęła na autostradzie. Po dwóch minutach odjechała. Bez dwóch zdań, dziewczynom jest łatwiej na stopie.
W międzyczasie na parking zajechał tir na czeskich blachach. Serce mocniej mi zabiło. Podszedłem przetestować mój czeski, którego trochę liznąłem przy Petii. Możliwe, że to mnie uratowało. Kierowca nie palił się do zabrania autostopowicza, ale okazało się, że mieszka tylko kilka kilometrów od mojej dziewczyny, czyli byliśmy prawie jak rodzina. Powiedział, że nie jedzie daleko, ale może podrzucić mnie na jakąś większą stację we Francji.

wieczór
Robi się coraz ciemniej i chłodniej. Nie rozłożyłem jeszcze namiotu. Włożyłem na siebie dwie bluzy, kurtkę, czapkę. Kręcę papierosy i piję wino.
Przed chwilą porozmawiałem z dwoma polskimi kierowcami ciężarówek. Poradzili mi, żebym nie jechał na Lyon. Skoro chcę jechać w stronę San Sebastian, na Portugalię, to powinienem dostać się na Portugalkę, trasę w stronę Bordeaux.

Usiadłem przy stoliku naprzeciwko. Z jednego z tirów wysiadł wysoki, sympatyczny, wyglądający na Senegalczyka (jak się okazało, miałem rację) kierowca. Zagadałem po hiszpańsku. Dosiadł się na chwilę. Jechał w podwójnej obsadzie, więc nie miałem szansy na podwózkę, ale rozluźniony winem, miałem ochotę porozmawiać z kimś z odległego, nieznanego świata. Opowiedział mi o swoim życiu w Hiszpanii. Że jako czarnoskóry imigrant, do tego muzułmanin, w Hiszpanii musi się zmagać z życiem.
- Nie jest łatwo być imigrantem w Hiszpanii – potwierdziłem. – Nawet białym. Poznałem to na własnej skórze.
- A jak jest w Polsce? – zaciekawił się.
- A jak myślisz?
Zerknął przez ramię na polską ciężarówkę, później na mnie, wahając się.
Uśmiechnąłem się zachęcająco.
- Wal, nie przejmuj się. Ja jestem obywatelem świata – zażartowałem.
- Jeżdżę dużo po Europie, często spotykam polskich kierowców… - powiedział niepewnie. – Wydają się większymi rasistami, niż Hiszpanie. Takie mam wrażenie.
- Bo są. Nie wszyscy oczywiście. Ale klasa pracująca choruje u nas na ostry rasizm – przyznałem.
Nie czułem się głupio, w końcu to nie ja jestem rasistą. Boli mnie tylko bezsilność. Przecież to takie durne. Ci polscy kierowcy (i nie tylko kierowcy) pracują jak osły za marne pieniądze, wykorzystywani przez pracodawców, oszukiwani przez państwo, a oni kierują swój gniew i pogardę na Bogu ducha winnych, takich samych roboli, jak oni, tylko o innym kolorze skóry.
Kiedy Senegalczyk odszedł, zauważyłem, że tych dwóch Polaków, których pytałem o drogę, patrzy na mnie nieufnie.
No dobra, już wieczór. Idę rozbić namiot w jakichś krzakach, odpocząć przed jutrem. Mam jeszcze kawał drogi przed sobą.

08.04.2016

100 km od Bordeaux
wieczór
Ciężko jakoś, męczyłem się dzisiaj w trasie. Ale najpierw streszczenie wczorajszego wieczora.
Po rozmowie z Senegalczykiem miałem już zabierać się do spania, kiedy zjawił się Mariusz, dwudziestoczteroletni chłopak z Polski, autostopowicz. Dosiadł się i zrobił herbaty na turystycznej kuchence gazowej. Fajny wynalazek, ale przy tej ilości maletów nie mógłbym pozwolić sobie na dodatkowy ciężar. Pogadaliśmy przez chwilę, ale szybko zaczęło robić się ciemno i coraz zimniej. Znaleźliśmy ustronne miejsce na rozbicie namiotów za gęstymi krzakami. Zaproponowałem rozpalenie ogniska. Mariusz był trochę sceptyczny, byliśmy przecież na stacji benzynowej, ale powiedziałem, że biorę to na siebie. Miałem po prostu chęć na ogrzanie się przy ogniu.

Noc była bardzo zimna. Pozapinałem się w śpiworze, że nawet nos mi nie wystawał, ale i tak budziłem się, co i rusz. Kiedy wstałem rano, okazało się, że namiot pokrył się cienką warstewką lodu.
Mariusz dopiero co wstał. Postanowiłem nie czekać na niego i poszukać kogoś, kto zabrałby mnie w stronę Bordeaux. Poszczęściło mi się. Zgodził się pierwszy facet, do którego podszedłem. Po paru godzinach przesiadłem się do chłopaka z tej samej firmy, Bartka. Nie mieliśmy wspólnych tematów, gadka się nie kleiła. Koło szóstej po południu wysadził mnie na parkingu dla tirów. Miejsce mi się nie spodobało. Ciemne, wilgotne, jakby w jakiejś dziurze. Do tego zaczęło lać jak z cebra. Kilku rumianych, obleśnych Francuzów kręciło się koło toalet i łypało lubieżnie.

Widząc scenerię, postanowiłem jeszcze popróbować, ale tylko zmoczyłem buty. Karton z napisem „Bordeaux” rozpadł się w deszczu. Wreszcie dałem sobie spokój. Wyszedłem z parkingu, minąłem małą plantację winogron i rozbiłem namiot w małym, cuchnącym zgnilizną zagajniku. No i jestem teraz tutaj.

Wiatr wyje nieprzyjaźnie, deszcz siecze o namiot, w tle przytłumiony szum samochodów na autostradzie. Źle mi wewnętrznie. Nie tylko dzisiaj. Po rozstaniu z Tanią zrobił mi się chyba jakiś regres psychologiczny. Tęsknię, wspominam i czuję się jak opuszczony dzieciak. W tej chwili, w tym namiocie, w brudzie, zmęczeniu, zimnie, te uczucia jeszcze się potęgują. Chciałbym uwolnić się od myślenia od przeszłości, ale nie potrafię. Tylko ona wydawała mi się prawdziwa ze wszystkich ludzi. Reszta to jakby aktorzy. Męczy mnie towarzystwo każdej osoby na świecie. Jedni są mi obojętni, inni trochę bliżsi, ale z nikim nie łączy mnie nic głębszego, dotykającego duszy. Teraz, bez Tani, mam wrażenie, że zostałem zupełnie sam. Trudne uczucie. Czasami, tak jak teraz, chciałbym zniknąć, rozpłynąć się jak mgła ze wschodem słońca. Nie rozpływam się tylko dlatego, że gdzieś tam tli się nadzieja, że pojawi się w tym słońcu coś nowego.
Wreszcie rozgrzały mi się przemoczone stopy. Śmierdzę niemiłosiernie. Jutro spróbuję na jakiejś stacji poszukać prysznica. Grunt to wydostać się z tego zadupia. Mam nadzieję, że ci homoseksualiści z parkingu są niegroźni. Zresztą zapuściłem się w las dosyć głęboko, nikt nie powinien mnie tutaj znaleźć.

09.04.2016

Alsasua
wieczór

Kończy się czwarty dzień podróży. Dziś wreszcie dojechałem do Hiszpanii. Wprawdzie niedaleko granicy, w prowincji Nawarry, no ale to już Półwysep Iberyjski. Jestem prawie w domu.
Wczorajsza noc była ciężka emocjonalnie. Po ostatnim wpisie dopadła mnie bezdenna rozpacz. Rozpłakałem się jak dziecko i szlochałem przez chyba pół godziny. Żaliłem się, przepraszałem, prosiłem. Jakby puściła tama, którą blokowałem problemy ostatnich dwóch lat.
Wreszcie wyczerpany zasnąłem. Śniło mi się, że właściciel ziemi, na której rozbiłem namiot, szedł z rodziną na wycieczkę i natknął się na mnie. Wyglądał jak Doctor Who (ten z Davidem Tenantem). Długo się z nim kłóciłem, aż w końcu wezwał policję. Bardzo to było realistyczne.
Obudziłem się o świcie, chyba z zimna. Spakowałem mokry namiot, śpiwór i wróciłem na gejowski parking. Stały tylko cztery tiry z zasłoniętymi oknami. Usiadłem na ławce i zapaliłem papierosa. Nagle z łazienki wyszedł mężczyzna. Rozpoznałem słowiańskie rysy.
- Polak? – zapytałem.
Podszedł i wyciągnął rękę.
- Tak. A co?
- Jadę w stronę Hiszpanii. Zabierze mnie pan?
- No to masz szczęście, za chwilę wyjeżdżam. Bierz plecak.
Zbyszek. Przejechałem z nim 240 kilometrów, czyli całkiem nieźle. Zatrzymaliśmy się na parkingu prywatnym. Zbyszek musiał zatrzymać się na jedenaście godzin. Parking był marny, a wredny właściciel policzył nas za kibel. Ten kierowca był w porządku. Nietypowy tirowiec. Bardzo religijny. Należał do ruchu Badaczy Pisma Świętego (podgrupa Epifania, czy też Epifanium, nie pamiętam). Porozmawialiśmy o duchowości. Choć jego zrozumienie Boga i wszechświata pod pewnymi względami były dziwne, to jednak znaleźliśmy kilka wspólnych punktów. W pewnym sensie zainspirował mnie. Ze zrozumieniem mówił o tym, jak można znaleźć lekkość, harmonię i sens w zwracaniu się do Boga. Przyszło mi do głowy, że jego ustami Absolut odpowiedział na moje nocne, rozpaczliwe modlitwy.
Jak już pisałem, parking był kiepski. Stanąłem na zjeździe i zacząłem machać do samochodów. Podjechał po paliwo polski tir. Podszedłem do dość młodego faceta (przed czterdziestką).
- Zabierzesz mnie do Hiszpanii? – spytałem bezpośrednio.
Popatrzył spod byka i tylko pokręcił głową. Rozczarowany wróciłem na zjazd. Wydawał się niemiły, więc może to i dobrze, że nie zabrał.
Po zatankowaniu minął mnie, ale po kilku metrach wyhamował, zawrócił i otworzył okno.
- A wsiadaj, podrzucę cię kawałek.
Andrzej. Facet okazał się bardzo sympatyczny. Słuchaliśmy heavy metalu i przegadaliśmy całą drogę, wspominając lata dziewięćdziesiąte. Zrelaksowałem się przy nim. Nie miał laptopa do oglądania filmów, za to na łóżku leżało całe pudło książek z biblioteki.
Ledwo wystartowaliśmy, z nieba runęła prawdziwa ulewa. Zabrał mnie dosłownie w ostatniej chwili.
Dojechaliśmy za Bordeaux. Tutaj zaczynała mu się długa przerwa. Zaproponował, że możemy razem wyskoczyć do pobliskiego supermarketu po piwo, a jeśli nic więcej nie znajdę, to jutro mogę się z nim zabrać. Byłem trochę zmęczony, pasował mi więc pomysł odpoczynku, ale dosłownie po wyjściu z samochodu złapałem następnego Polaka, Arka. Bardzo miły człowiek. Pięćdziesiąt cztery lata, oczytany, interesuje się historią. Przy nim już zupełnie poczułem luz. Jego pogoda, entuzjazm, spokój podziałały na mnie kojąco.
W pewnej chwili zadzwoniła jego żona. Porozmawiali przez dłuższą chwilę. Dosłownie ogrzewałem się przy cieple i czułości, z jakimi rozmawiał ze swoją drugą połową. Praca, zaufanie, życie zwyczajnym życiem. Chce mi się tego. Czy już za bardzo przekroczyłem granice, żeby jeszcze móc wrócić do tak zwykłego życia? Nie wiem.
W końcu dojechaliśmy tutaj, pod Alsasuę w Nawarrze.
Było już za późno na dalszą podróż. Na stacji benzynowej wziąłem prysznic za trzy euro. Rozkosz! Jak mi tego brakowało. Okazało się, że przez cztery dni bez kąpieli odparzyłem sobie napletek. Czerwony, opuchnięty, szczypiący dawał się we znaki. Później w namiocie wysmarowałem wazeliną i przyrzekłem, że będę się starał znaleźć prysznic częściej.
Przez chwilę próbowałem jeszcze coś złapać, ale nie miało sensu, wszyscy zajeżdżali na noc. Jutro niedziela, mało kto będzie wyjeżdżał, pewnie utknąłem do poniedziałku. Arek obiecał, że popyta Polaków, stoi kilka ciężarówek z jego firmy (Mielczarki). Nie byłoby źle, gdyby w poniedziałek udało się złapać coś do samej Portugalii. Jutro przeleżałbym w namiocie i poczytał książkę. Prowiantu powinno mi starczyć, poza tym mam jeszcze czterdzieści euro.
Hiszpania. Po przejechaniu granicy poczułem przypływ radości i pozytywnej nostalgii. Swojsko się tutaj czuję. Patrząc na góry Nawarry pomyślałem o Camino de Santiago. Jak tutaj, zaraz niedaleko człapaliśmy sobie razem przez góry i lasy. Wzruszyłem się.

Namiot rozbiłem na wzgórzu nad stacją. Kropi, wieje, ale mam wrażenie, że jest cieplej niż wczoraj. Na wszelki wypadek ubrałem jednak na noc grube, górskie skarpety. Teraz poczytam coś, albo posłucham wykładu Swamiego. Wczoraj jego głos i filozoficzne, jasne słowa pozwoliły mi się wyciszyć i zasnąć.
Wyszczuplałem przez te kilka dni. Szczególnie widać na twarzy.
Obok biegnie autostrada. Buczą ostatnie tiry, czasami w wyższej tonacji zabuczy osobowy. Gdzieś szczeka pies. Jestem czuły na dźwięki, głosy, kroki. Mój namiot jest prawie niewidoczny we wrzosie i krzakach, ale i tak popiskuje atawistyczna czujność na obcego.
Samemu, w drodze, w poszukiwaniu siebie.

10.04.2016

Alsasua
około 12:00
Choć raczej utknąłem dziś na tej stacji, to nastrój mam dobry. Wietrznie, chłodno, ale słonecznie, a słońce od razu poprawia mi humor. Jeśli dziś nie uda mi się wyjechać, to jeden chłopak, kolega Arka, obiecał, że rano zabierze mnie do Valadoid. Zawsze to po drodze. Dobrze by było sunąć już przez Hiszpanię.
Udało mi się połączyć z Internetem. Pozytywne wiadomości od Petii, Tani, rodziny. Muszę jednak oszczędzać, roaming w Orangu na kartę jest kosmicznie drogi.

16:00
A jednak jadę! Myślałem, że dziś ani rusz, a tu okazało się, że Arek jedzie dziś do Bilbao, a jutro do Viseu. Trochę czuje się winny, nie lubię nadużywać gościnności, ale mam wrażenie, że szczerze mnie zaprasza. Przed samy wyruszeniem dwóch chłopaków z jego firmy, których poczęstowałem wcześniej piwem, zaprosiło mnie na nocleg do ich ciężarówek. Fajni, serdeczni ludzie. Dlatego lubię autostop. Czasami daje w kość, ale tej radości nie da się z niczym porównać. Człowiek spotyka się z ogromną dozą serdeczności i bezinteresownej przyjacielskości. Niesamowita sprawa.

Rano w barze kupiłem zupę z cieciorki z warzywami, bo już słabłem. Pięć dni na chlebie z serem to nie przelewki. Czułem, że brakuje mi protein, a przecież dźwigam ciężki plecak. Pasek zapinam już na trzecią dziurkę, a w dniu wyjazdu zapinałem na ostatnią.
Nastrój? Pozytywny. Słońce wygoniło gdzieś wczorajszą słabość.
Jeśli dobrze pójdzie, to jutro dotrę na Rainbow. Ciekaw jestem, jakich ludzi tam spotkam.

Guarnizo
22:30
Zatrzymaliśmy się na noc w niewielkim miasteczku. Rano Arek ma rozładunek. Nie było gdzie rozbić namiotu, ale wyszło to na dobre. Chciałem się umyć i porządnie odpocząć. Za resztę kasy wynająłem pokój w hotelu. Trzydzieści dziewięć euro. Wziąłem rozkoszny prysznic. Później w barze kupiłem butelkę wina, przy której oglądam teraz telewizję. Już zapomniałem, jaka u nich krzykliwa, kiczowata telewizja. I love it.

No więc dziś trochę cywilizacji, a od jutra znów włóczęga, namiot, bród i zimne noce. Chociaż w Portugalii powinno być cieplej.
Wysłałem wiadomość do Petii. Ciekaw jestem, co u niej.
Wczoraj, jadąc przez Hiszpanię, Bilbao, Santander wspomnienia zalewały mnie rwącym strumieniem. Ich żywość, intensywność były oszałamiające. Ale teraz, w hotelu, po prysznicu, przy kojącym brzęczeniu telewizora jest już dobrze. Strumień uspokoił się, mogłem wrócić do teraźniejszości. Dlatego postanowiłem napisać parę słów do Petii.
Porozmawiałem też z Fernandą. Namawiam ją na przyjazd na Rainbow. Z Hiszpanii nie ma przecież daleko. Cieszyłbym się bardzo. Czuję w niej bliską przyjaciółkę, prawie siostrę. Wysłała mi długą wiadomość. Została wegetarianką, w Indiach zainteresowała się duchowością. Napisała mi, że czuje ze mną wyjątkową więź.
Pooglądam jeszcze głupoty w tele i do spania. Jutro kolejny długi dzień.

Lista w hiszpańskim miasteczku:

1. Big Brother w telewizji. Relaksują mnie te bzdury. Nie wiem dlaczego.
2. Wino naprawdę dobre, bardzo intensywne, jak to Rioja.
3. Mam wyrzuty sumienia, że jadę z Arkiem aż tyle czasu. Mam wrażenie, że wolałby być sam, ale poczucie przyzwoitości zmusza go, żeby mnie zabrać. Poproszę go później o adres i wyślę „Amerykę przed Kolumbem”. Interesuje się historią, spodoba mu się, a ja już przeczytałem.
4. Hiszpańska reklama Actimel z muzyka BeeGeez (Stayin’ Alive). Uśmiech 8 na 10.
5. W kanałach nie ma pornosów…
6. … Miałem na myśli kanały telewizyjne, ale później usłyszałem to tak: „W kanałach nie ma pornosów. Tylko szczury, stare reklamówki, puszki po piwie i bezdomni chroniący się przed deszczem”.

11.04.2016

Viseu
21:13

Jest coś dziwnego w przybyciu do obcego miasta w obcym państwie, w którym nigdy się nie było.
Słaniając się na nogach doszedłem do Viseu. Jakieś osiem kilometrów, najpierw autostradą, później przedmieściami. Obładowany plecakiem, ukulele i torbami z prowiantem, człapałem utykając. Ludzie dotykali mnie szybkim spojrzeniem, ale od razu odwracali głowy. Pytałem o drogę, ale spora część przechodniów nie zwracała na mnie uwagi. Musiałem wyglądać jak kupka nieszczęścia.

Później pod prysznicem, spłukując brud, popatrzyłem w lustro. Poczułem się sobie obcy. Przerzedzone włosy, zakola, wąska twarz, wklęsłe policzki, oczy, które jak gdyby zapadły się do środka. Pewnie ze zmęczenia.
Rozejrzałem się sceptycznie po malutkim pokoiku. Zimne światło energooszczędnej żarówki, szaroniebieskie ściany, stara szafa, mały, może dwudziestoletni telewizorek z kolosalnym kineskopem, zimno. Udało mi się włączyć ogrzewanie, ale temperatura podnosi się bardzo powoli.
Jestem wykończony, więc streszczę dzień w punktach. Tak będzie łatwiej.

Lista zmęczona w Pensao Rosio Parque:

1. Wspomnienie z wczorajszej nocy w hiszpańskim hotelu: sąsiadka oddająca się głośnym rozkoszom i wykrzykująca chrapliwie hiszpańskie sprośności, „metelo ahi, si, si, follame, follame fuerte! ” Z mojej strony mieszanka pożądania i irytacji, bo chciałbym już spać, a muszę słuchać, w co ma jej włożyć i że jest małą kurwą.
2. W tirze z Arkiem – zmęczenie i senność. Arek gadał i gadał, ale miałem już tylko siłę potakiwać i wydawać zainteresowane dźwięki.
3. Wysadził mnie na stacji przy autostradzie, kilka kilometrów od Viseu. Nie wiedziałem, jak się wydostać, ale wreszcie jakiś niesympatyczny manager poradził mi, żeby iść wzdłuż autostrady, za barierkami. Miasto zaczynało się jakieś dwa kilometry od stacji. Cała droga miała z siedem, osiem kilometrów. Szedłem z coraz większym trudem. Dała mi się we znaki stara kontuzja kolana, a do tego zrobiły mi się odciski, które później pękły. Zmokły mi od tego całe skarpetki. W połowie drogi zdałem sobie sprawę, że dalej niż Viseu już dzisiaj nie pojadę. Rainbow będzie musiało zaczekać do jutra.
4. W Viseu znalazłem w miarę tani hotel. Dwadzieścia pięć euro ze śniadaniem. Zostawiłem tam rzeczy i ciągle kulejąc poszedłem poszukać supermarketu. Kupiłem chleb, ser, szparagi w słoiku, sok pomarańczowy, jogurty wiśniowe i vinho verde. W hotelowej restauracji pożyczyłem kieliszek do wina, a na recepcji zdobyłem hasło do wi-fi.
5. Uświadomiłem sobie, że podróżując z dziewczyną mam więcej energii i czuję się pewniejszy siebie. Kiedy opiekuję się kimś, jestem silniejszy. A sam z sobą, tracę czasami napęd, czuję się zagubiony, mały, niewidzialny.
6. Grzejnik nad drzwiami rzęzi niemiłosiernie.
7. Obserwacja na temat portugalskiej telewizji: jest zupełnie inna, niż krzykliwa telewizja hiszpańska. Mam wrażenie, jakbym oglądał polską telewizję sprzed dwudziestu lat. Przaśna, niedopracowana, powolna, z przeciętnymi, starszymi twarzami.
8. Da się tu dogadać po hiszpańsku, choć trzeba w to włożyć trochę wysiłku.
9. Byłem dziś zbyt zmęczony, żeby ocenić portugalskie dziewczyny. Wydały mi się bez wyrazu, ale to może dlatego, że ze zmęczenia sam byłem bez wyrazu?

12.04.2016

Viseu
09:37
Mam ponad dwie godziny do autobusu do Satao. Pogoda kiepska. Mokro i chłodno. Pani z hotelu powiedziała, że to najzimniejsza wiosna od lat.
Rano zrobiłem przepierkę. Stwierdziłem, że lepiej będzie wyprać w ciepłej wodzie, w kabinie prysznicowej, niż później, w jakiejś lodowatej rzeczce. Ale coś za coś. Przez mokre pranie, przybyły mi ze trzy kilogramy, choć wyciskałem, ile miałem sił. Później zjadłem śniadanie w kafejce (wliczone w cenę). Właścicielka podała mi dzban kawy, mleka, bułki, ser, dżem i masło. Zamieniliśmy parę słów. Bardzo sympatyczna kobieta.
Po odpoczynku, dobrym śnie i posiłku, mam dziś bardzo dobre wrażenie o Portugalczykach. Wydają się prości i spokojni. Dziewczyny ładne, ale w sumie jestem już tydzień bez kobiety, więc nie wiem, na ile jestem obiektywny.
Co dalej? O dwunastej autobus do Satao, a stamtąd będę kombinował. Ciągle zostanie z dziewiętnaście kilometrów, a z moim bagażem będzie ciężko tak sobie przejść. Podobno jest jakiś autobus do Decermilo. Stamtąd miałbym może z pięć kilometrów. To już jakoś by się dało przejść.

Rainbow
16:29

Już jestem. Rozbiłem namiot na wzniesieniu nad kuchnią. Obok szumi spora rzeczka, gdzie można się będzie wykąpać. Trochę dalej kamienne ruiny młyna. Raz słońce, raz deszcz. Akurat się rozpogodziło, więc szybko wywiesiłem na drzewach mokre ubranie.

No więc dojechałem. Ale od razu włączyła mi się lekka fobia społeczna. Zawsze tak mam w dużej grupie. Nie lubię grupowej dynamiki, tarć, itd. Wolę kameralnie, twarzą w twarz. Dlatego rozbiłem namiot w krzakach, ale blisko centrum wydarzeń. W ten sposób nie ominą mnie ważne rzeczy, a w każdym momencie będę mógł się schować.
Pierwszy raz rozbiłem ten namiot porządnie. Naciągnąłem, gdzie miałem naciągnąć i teraz wydaje się dwa razy większy. Ale ciągle, jeśli na przykład chcę ściągnąć koszulę, to muszę wychylić się na zewnątrz.
Ciekawe. Tutaj też czuję się niedopasowany. Taka natura, co zrobić.
Nie ma żadnych Słowian. Głównie to Portugalczycy, Francuzi, Niemcy, Hiszpanie. Poznałem też jednego Anglika.
Odpocznę, poczytam, później się rozejrzę. Mam nadzieję spotkać jakichś przyjaciół.

13.04.2016

Rainbow
przed południem
Nad ranem przestało lać i trochę się ociepliło, ale pogoda może się zmienić w każdej chwili, więc nie mam dużo nadziei na wysuszenie ubrań. Jakoś trzeba będzie wytrzymać z jedną zmianą bielizny, aż słońce pojawi się na dłużej.
Poranne „rytuały” już zakończone:
1. Umycie zębów i twarzy z butelki.
2. Zdobycie gorącej wody na herbatę + papieros.
3. Znalezienie w miarę odległego miejsca na sranie.
4. Zrobienie zapasu pitnej wody na dzisiaj.
5. Śniadanie. Dziś bułka, pół puszki czerwonej fasoli i dwa paski czekolady.
Myślę, że z tym wszystkim zmieściłem się w półtorej godzinie.
Wczoraj wieczorem wspólna kolacja była w opuszczonym domu. Nie dało się pod gołym niebem, bo lało.
Trochę udało mi się wyjść ze skorupy. Posiedziałem z ludźmi przy ognisku, które zapalili w środku. Jedzenie było okropne: ryż z rana wymieszany z surówką z jakichś żółtych liści, twardych badyli i jabłek, ale klimat był bardzo pozytywny.
Póki co nie udało mi się nawiązać z nikim głębszego kontaktu (piszę jak astronauta na obcej planecie:). Większość to młodzi, entuzjastyczni ludzie, radośni hipisi. Zaiskrzyło tylko z Ingrid. Francuzka, na oko jakieś 26 – 27 lat. Wpadła mi w oko od samego początku. Zamieniliśmy kilka słów. Myślę, że też jej przypadłem do gustu; trzymała się blisko przez większą część wieczoru. Przyznam, że bardzo mi się spodobała. Czarne włosy, czarne oczy, myśląca twarz, lekko zdystansowana, nie narzucająca się.

Dziś nanosiłem trochę drewna na główny ogień. Teraz siedzę przy kuchni razem ze wszystkimi. Obserwuję ludzi i cieszę się odrobiną słońca. Jeśli pogoda utrzymałaby się do wieczora, może wreszcie wyschłyby mi ciuchy.
Narysuję parę charakterów, rzucających mi się w oczy.

Tak wygląda mój dzień. Krążę od miejsca do miejsca, siadam w kąciku, piję kawę lub herbatę, palę papierosy, rysuję, od czasu do czasu z kimś zagadam.

wieczór
Coraz lepiej się tutaj czuję. Aklimatyzuję się. Rozmawiam z wieloma ludźmi, zaczynam czuć się częścią grupy.
Poznałem Estrellę, której wesołość i łatwość obycia zapamiętałem z wczorajszego ogniska w domu na wzgórzu. Jej chłopak to jednak ani Pierre, ani Francuz (tak go narysowałem). Nazywa się Jordan i jest Niemcem. Nie mogę oderwać od niego wzroku. Nigdy nie miałem skłonności homoseksualnych, więc to chyba nie to. Ma piękną, wyrazistą twarz, o wielkich brązowych oczach i greckim profilu. Jest doskonale piękny.

Ingrid nie pokazała się dzisiaj. Może już wyjechała? Smutno by było. Poczułem dużą bliskość.
Siedzimy wszyscy pod kuchenną plandeką. Ścieśnieni, bo ciągle leje i zimno. Dzisiejszą kolację pewnie też zjemy pod dachem, ale może być problem z pomieszczeniem się. Codziennie przybywa ludzi.

14.04.2016

Rainbow
poranek
Kurwa mać! Ale załamka. W trakcie wczołgiwania się do namiotu, oparłem się o coś łokciem. Usłyszałem głośne chrupnięcie. I tak pożegnałem się z kindlem. Mój największy przyjaciel z drogi odszedł w niebyt. Nie mogę w to uwierzyć. Cały czas leje jak z cebra, nie ma gdzie pójść, czym się zająć. Nawet się cieszyłem na ten deszcz, bo lubię czytać w namiocie, kiedy leje. A teraz nie mam pojęcia czym się zająć. Żeby nie lało, pojechałbym od razu do Viseu i kupił nowy czytnik. Wprawdzie nie mam już kasy, ale mam jeszcze debet na angielskim koncie. Później znalazłbym jakiś sposób, żeby przenieść książki ze starego na nowy, może w jakiejś kafejce.
Właśnie zacząłem świetną książkę jakiejś rosyjskiej pisarki SF. Wciągnęła mnie na całego… Co za durne miejsce, żeby zostawić Kindla. Zaraz przy wejściu. Eh… No nic. Poczekam, aż przestanie lać (jeśli w ogóle przestanie) i pójdę szukać transportu do miasta.

po południu
Deszcz trochę zelżał. Rano polamentowałem nad kindlem, czekając aż przestanie lać. Nie przestało. Wreszcie wyszedłem w mokry świat i poczłapałem przez kałuże na parking, szukać kogoś, kto jechałby do miasta. Nikt się nie wybierał, więc dałem sobie spokój. Przy ognisku pograłem trochę na ukulele. Po obiedzie (warzywa z kuskusem) przez jakieś dwie godziny rozpalałem ognisko w głównym kręgu. Nie było łatwo, drewno jest dosłownie nasiąknięte wodą, ale wreszcie się udało. Zajęły się grube bierwiona, ogień huczy i nie zgaśnie nawet w ulewie.
Przycupnąłem w kuchni i słucham jam session. Sytuacja z kindlem zmusiła mnie, żeby być bardziej obecnym w grupie. Może to i dobrze.

Dziś rano pokazała się Ingrid. Jednak nie wyjechała. Ucieszyłem się, zagadałem. Bardzo sympatyczna, wesoła. Niestety, mam tak, że kiedy ktoś mi się podoba, język mi kołkiem staje.
Tak więc z braku książki oddaję się wyimaginowanym romansom. Choć pewnie i tak bym się oddawał. Szukam czegoś, szukam intensywnie. Jakiejś doskonałej miłości, oddania, związku serc. Taka idealistyczna fantazja, eskapistyczny odlot. Że w tej miłości utoniemy, uciekniemy przez mechanicznością i zimnem tej niezrozumiałej egzystencji materialnej.

Napiszę parę słów o ludziach, których poznałem do tej pory.

Axa – stary fiński hipis. Przyszedł dzisiaj, od razu pomógł mi z ogniskiem. Później zniknął gdzieś w krzakach, żeby sprzedać komuś grama naturalnej trawy.
Bułgarska Dziewczyna z Parasolem – zjawiła się dzisiaj, emanując wesołością. Schowałem się pod jej parasolem i żartowaliśmy, zaśmiewając się z bzdur. Ma brodawkę z włosami na brodzie.
Estrella – radosna Hiszpanka, o której już wspomniałem. Sympatyczna, głośna, w centrum uwagi. W pełni zasługuje na swoje imię.

wieczór w namiocie
Leje, leje, leje. Dziś były tylko dwie krótkie przerwy w deszczu, dokładnie na posiłki. W namiocie mam w miarę sucho, ale widzę, że na szwach zaczęły się robić zacieki. Nie wiem, czy to od deszczu, czy od skraplającego się oddechu. Trzeba było zaimpregnować, no ale nie spodziewałem się takiej pory monsunowej w Portugalii.
Brak książek daje mi się dotkliwie we znaki. Włączyłem Kindla, żeby użyć jego lampki do pisania. Na pokiereszowanym ekranie ciągle widać nazwy folderów. Na razie nie poznam dalszych losów Saszy, studentki na uniwersytecie wiedźm i czarowników.
Widzę, że te dziesięć dni wyrzeczeń (siedem w podróży i trzy tutaj) zmieniają mnie. Powoli twardnieję. Nie mazgaję się, choć dzisiejszy dzień dał mi w kość. Skupiam się na małych radościach. Jak na przykład teraz: mam ciepłe stopy, opatulone w grube skarpety i śpiwór. Pierwszy raz dzisiaj jest mi sucho i ciepło. Potrafi mnie ucieszyć miska ciepłej strawy. W normalnych warunkach z trudem przełknąłbym tutejsze, mdłe jedzenie, a tutaj jem z apetytem i ciągle mi mało. Zostało mi jeszcze pół tabliczki gorzkiej czekolady. Dopycham się po sobkowemu, sam w namiocie, po posiłkach.

Poprzez uderzenia deszczu o namiot, dobiega mnie dźwięk bębnów i indiańskich zawodzeń. Nie chce mi się jeszcze spać, ale nic innego nie zostało do roboty. Wyłączę lampkę i spróbuję zasnąć.
Deszczu, idź już sobie, nikt cię tu nie chce.

15.04.2016

Rainbow
południe
Udało mi się dostać do pobliskiego miasteczka (Aguiar da Beira), ale w sklepie elektronicznym nie mieli czytników. Musiałbym pojechać do Viseu albo Satao. Kupiłem za to trochę żywności: owoce, czekoladę, chleb i butelkę porto. Choć nie mam ochoty na alkohol, to kto wie, kiedy znowu uda się złapać samochód wyjeżdżający do cywilizacji. Kupiłem też kawał porządnej folii i sznurek. Przy tym deszczu namiot już zaczyna przepuszczać wodę. Rozepnę dziś płachtę między drzewami, będę miał suchy kawałek ziemi dla siebie. Spytałem sprzedawcy w sklepie o pogodę. Powiedział, że po niedzieli ma być lepiej. Zobaczymy.
Przyjechałem z Frankiem i Sweney’em. Swenem musiał iść na policję. W tym tygodniu był na basenie, gdzie ktoś ukradł kamery CCTV i teraz podejrzewają, że to mógł być on. Mam nadzieję, że pozytywnie załatwi sprawę.

Nie wiem, co więcej napisać. Rzeczywistość na Rainbow zalana deszczem i szarością. Człowiek przemyka między suchymi miejscami i okresami, skupiając się na utrzymaniu w miarę suchych butów i ubrań. Na razie nie ma jeszcze głównego, zadaszonego miejsca, gdzie mogłaby się schronić większa grupa ludzi, więc wszyscy zbierają się w małych grupkach rozrzuconych po całym lesie, pod rozpiętymi kawałkami folii albo w opuszczonych domach. Nastroje też raczej kiepskie. Ludzie zmęczeniu już są wodą i zimnem. Niektórzy obozują tu prawie trzy tygodnie w takich warunkach.

wieczór, w śpiworze
Pozytywny dzień. Po drodze z miasta gadałem ze Swiney’em. To był pierwszy człowiek, jakiego spotkałem na Rainbow. Początkowo zrobił na mnie wrażenie cwaniaka. Dziś okazało się, że to sympatyczny, inteligentny chłopak.

Frank, Francuz, który przywiózł nas do miasteczka swoim vanem, też bardzo miły. Szczery, normalny, uczynny. Tłumaczył dla nas na portugalski. Wyskoczył ze mną w deszcz, na pocztę, poprosić o adres poste restante (może namówię Petię, żeby przysłała mi swojego Kindla).

Po powrocie do obozu przestało lać i wyszło słońce. Poprosiłem Wowę, litewskiego włóczęgę, żeby pomógł mi skonstruować coś do rozpięcia folii nad namiotem. Otworzyliśmy do tego butelczynę Porto i udało nam się złożyć niezłą nawet konstrukcję. Dołączył do nas Conny, Niemiec, z którym przyjechałem tutaj pierwszego dnia taksówką z Satao.
Pogadaliśmy, aż skończyło się porto.

Na lekkim rauszu poszedłem na „food circle”. Zachęcony portweinem zainicjowałem śpiewnie „The River is Going”. Dobrze, że ludzie znali więcej niż jedną zwrotkę i podchwycili. Powoli się zadomawiam.
Dobrej nocy.

16.04.2016

Rainbow
południe
Słońce! Jak miło wygrzać wreszcie zmarznięte stopy w jego blasku.

Rano przespacerowałem się do pobliskiego baru na kawę i Internet. Wysłałem kilka wiadomości i naładowałem komórkę. Po powrocie w kuchni spotkałem Ingrid. Zjedliśmy razem posiłek. Nie mam żadnej gotówki, a okazało się, że w barze jest prysznic za półtora euro. Ingrid obiecała, że pójdziemy razem i mi pożyczy. Dobrze, bo wczoraj, po wejściu do śpiwora czułem już niezły smrodek.

wieczór w namiocie
Piszę przy świetle księżyca, tak że nie wiem, czy to jutro przeczytam. Poszliśmy z Ingrid do baru. Postawiła mi piwo, frytki i prysznic. Kiedy tylko wybiorę gdzieś pieniądze, muszę się jej odwdzięczyć.
Troszkę się wstawiliśmy. Wydurnialiśmy się, jak dzieciaki, żartowali, flirtowali. Po powrocie do obozu uczyłem ją grać w kości. Kiedy zaczął się wieczorny krąg, zaczęliśmy chichotać, kontestując uroczysty nastrój grupy. Krąg rozszerzał się coraz bardziej, aż wreszcie doszedł do nas. W porywie hultajstwa puściłem głośnego bąka, po czym dusząc się ze śmiechu, uciekliśmy poza zasięg blasku ogniska.
Teraz zostałem sam, Ingrid już poszła. Dopijam butelkę wina i patrzę w gwiazdy. Okrzyki docierające z ogniska są coraz bardziej szalone. Bębny nabierają mocy. Trans. Choć śmieję się trochę z hipisów i Rainbow, to jest niewinne wyśmiewanie. Lubię tu być.

17.04.2016

Rainbow
rano
Obudziłem się w złym humorze. Deszcz znowu leje. Wczoraj zgubiłem gdzieś kosmetyczkę. Pewnie zostawiłem ją pod prysznicem w barze. A poza tym czuję się jak idiota. Wczoraj po alkoholu puściły zahamowania, czułem się swobodnie i wesoło, ale dziś powrócił wewnętrzny cenzor i zastanawiam się na ile zrobiłem z siebie głupca. Niepotrzebnie powiedziałem jej, że ją lubię. To było chyba zbyt natrętne. Eh, stary dureń.

Przydałaby się teraz książka. Przeleżałbym dzień w namiocie z jakąś dobrą opowieścią.
Wczoraj wieczorem, po ostatnim wpisie, poszedłem jeszcze poszwendać się po obozowisku. Napiłem się w kuchni herbaty, patrząc na ludzi tańczących przy ognisku. Estrella rozebrała się do naga i tańczyła jak prawdziwa wiedźma. Akurat przyszło kilku miejscowych, zobaczyć, jak my tu żyjemy. Szczęki im opadły. Patrzyli na Estrellę jak zaczarowani. Miałem wrażenie, że troszkę przestraszyło ich to wieczorne szaleństwo. Tym bardziej, że kilka osób wzięło LSD i grzyby, więc nastrój był naprawdę dziki, nierealny.
Przyplątała się Ana – rosyjska bhaktinka. Studiowała w Pradze, mówi więc doskonale po czesku. Wie, że Kryszna jest mi bliski, więc do mnie lgnie. Szkoda mi jej trochę. Duże, brzydkie dziecko. Brak jej obycia, uprzejmości, jest opryskliwa, czasami nachalna. Myślę, że nie będzie miała łatwego życia. Jednocześnie czuję do niej sympatię.

Praca w kuchni wre. Doczekałem się na herbatę (z czosnkiem!) i przeniosłem do zadaszenia obok głównego kręgu. Nie chciałem, żeby ktoś zaczął mnie angażować do kuchenny prac. Nie mam ochoty na prace społeczne. Mam kaca, jestem aspołeczny. Herbata z czosnkiem jest ohydna, ale przynajmniej gorąca, więc ciało przyjmuje z wdzięcznością.

Uśmiechnięta dziewczyna w śnieżnobiałej sukience podzieliła się ze mną bananem. Smakował bosko (choć nie zabił smaku czosnku). Wyszło słońce.

***

Wysrałem się w lesie i zakopałem gówno. Później zjadłem dwie kromki z serem i sosem piri-piri (bardziej słony niż ostry), kawałek czekolady i zapiłem to wszystko źródlaną wodą. Oddałem Ingrid jej dziennik, który wczoraj zostawiła mi na przechowanie. Leży teraz obok, drzemie. Nie pali się do rozmowy. Chyba jednak wczoraj przedobrzyłem. Siedzę smętny. Wkurza mnie, że nie mam większej stabilizacji wewnętrznej. Że mój nastrój zależy tak bardzo od nastroju innych. Skąd tak jest? Czy to przez ten brak w środku, tę dziurę, którą próbuję zapełnić?
Ględzę. Zły nastrój nie chce przejść. Trzeba nauczyć się z siebie śmiać. Poczucie własnej ważności, jak pisze Castaneda, to główne źródło problemów.

***

Dziś mam ochotę się stąd urwać. Tylko bez gotówki to ciężka sprawa, a zbyt dobrze pamiętam autostopowy znój. Jeszcze nie jestem gotowy. Teraz mam przynajmniej namiot i dwa ciepłe posiłki dziennie. Tylko pogadać z kim nie ma. Dookoła szczęśliwi, uśmiechnięci hipisi. Jak znaleźć płaszczyznę porozumienia z ludźmi będącymi tak daleko?
Mam w kieszeni jakieś osiemdziesiąt centów. Na kawę powinno wystarczyć. Po jedzeniu przejdę się do baru i poczytam facebooka.

***

Po drodze do kafejki zatrzymałem się na parkingu. Pogrzałem przy ogniu stopy, napiłem się mocnej kawy, posłuchałem muzyki. Weltschmerz trochę zelżał. Niedługo wszyscy pójdą na obiad do głównego kręgu, ale ja dam sobie spokój. Słowami Świetlickiego: jestem dziś nieprzysiadalny.
Fiński chłopiec tłumaczy na angielski piosenkę o korzeniach, gałęziach i źródłach. Patrzę na stopy. Obdarte do krwi od mokrych sandałów. Dym gryzie w oczy, kura dziobie coś przy ognisku, kukułka odlicza miliona lat do ślubu. Paolo, szorstki, sympatyczny maczo smaruje mi stopy olejkiem z leczniczymi ziołami.

***

Przypomniałem sobie dzisiejszy sen. Dziwny, nie wiem, skąd się taki wziął. Byłem w Stanach. Złapali mnie studenci w jakimś akademiku. Trzymali mnie w pokoju, torturowali, przypalali papierosami, bili. W międzyczasie pili i ćpali. Widać było, że wystraszyli się tej sytuacji, ale zabrnęli za daleko, nie wiedzieli już, jak z tego wybrnąć. Zdałem sobie sprawę, że będą musieli mnie zabić, jeśli mają z tego jakoś wyjść.
W pewnym momencie zostałem w pokoju sam na sam z jednym ze studentów. Gruby, w okularach, najwidoczniej niepopularny. Był wystraszony kabałą, w jaką się wpakował, ale chciał się dopasować, zaimponować kolegom. Żeby uciec, musiałem go zabić. Było mi go bardzo szkoda, bo wiedziałem, że tak, jak i ja, stał się więźniem sytuacji, ale to była moja jedyna szansa.
Roztrzaskałem mu głowę magnetofonem i uciekłem. Biegłem przez zatłoczone korytarze, aż wreszcie jakimś cudem znalazłem się na ulicy. Za sobą dostrzegłem goniących mnie porywaczy, ale wiedziałem, że teraz już nic nie mogą mi zrobić. Odetchnąłem z ulgą. I tylko tego nieśmiałego grubasa było mi żal.

***

Zbieram się do spania. Skrobnę jeszcze tylko parę słów, ale szybko, bo zimno jak cholera, palce grabieją. Niebo dziś wieczorem jest bezchmurne, nic nie trzyma ciepła.
Pod wieczór nastrój mi się poprawił. Pogadałem z Ingrid i Frankiem. Zdałem sobie sprawę, że Ingrid nie miała nic do mnie. Po prostu tak, jak ja, miała zły humor. Pożartowaliśmy we trójkę, zjedliśmy i uciekłem wreszcie z zimna.

18.04.2016

Rainbow
rano
Noc była mroźna, najzimniejsza odkąd opuściłem dom. Nie mogłem ogrzać się w śpiworze, udało mi się zasnąć dopiero po północy. Za to poranek przywitał mnie słońcem. Czekam, aż zagotuje się woda na herbatę i ostatni już kisiel przywieziony z Polski. Po śniadaniu jadę do Aguiar da Beira. Grupka ludzi wybiera się busem do miasteczka, dołączę się. Wybiorę parę groszy z konta, żeby tutaj było na kawę i piwo. Humor dzisiaj mam dobry. To wpływ słońca i garstki wczorajszych przemyśleń. Żeby akceptować wszystko, nie porywać się z motyką na słońce. Pozwolić rzeczom płynąć, zobaczyć, gdzie mnie zaniesie fala, nie martwić się tym, że to akurat odpływ albo przypływ.

Lista niepełna:

1. Wczoraj wieczorem w namiocie marzyłem sobie o założeniu rodziny. Kobieta, córka, kawałek ziemi, spokój.
2. Axa, fiński hipis spytał mnie, jak daję radę bez Kindla. Miło, że pamiętał. Teraz krząta się po kuchni, rozpala ogień, szykuje herbatę.
3. Koniecznie musze kupić pastę do zębów. Przez to, że zgubiłem kosmetyczkę, wczoraj w ogóle nie wyszorowałem paszczęki.
4. Dawid, Czech, dmucha przez rurkę w zawilgłe drzewo, próbując od godziny zagotować wodę.
5. Gadałem wczoraj z Zuzą, którą poznałem ostatnio na Krawcowym Wierchu. Przyjeżdża dwudziestego ósmego z koleżanką.
6. Kopcę jak lokomotywa. Przestałem już nawet kaszleć, najwidoczniej smoła pokryła już całe płuca. Na razie nic z tym nie robię.

* * *

Jestem w Aguiar da Beira z Ingrid. Wyciągnąłem ją rano na pieszą wyprawę do miasteczka. Po drodze zatrzymał się Frank i podwiózł nas do miasta. Zaprosiłem Ingrid do baru na obiad i wino, żeby odwdzięczyć się za jej ostatni poczęstunek. Później spotkaliśmy na mieście całą watahę hipisów. Dołączyłem się do jam session. Paliliśmy jointy, pili wino, śpiewali. Poza Rainbow czuję się z tymi ludźmi swobodniej. Myślę, że chodzi o to, że tutaj wszyscy jesteśmy „poza nawiasem”, a tam to jednak jest już społeczność, do pewnego stopnia zorganizowana, a na to mam alergię.

Statystyki: autor: kalpek — 07 października 2016, 20:30


]]>
2015-11-23T19:13:37+00:00 2015-11-23T19:13:37+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=888&p=3158#p3158 <![CDATA[Relacje z podróży • VII Autostopowy Sylwester w Burzeninie]]>

Drogie Stopiki,
tak, to ten moment – pora znowu spotkać się na fantastycznej imprezie i razem przywitać nadchodzący rok! :) No bo który Sylwester jest lepszy niż ten z autostopowiczami? Żodyn! Powtarzam: żodyn! Nie wierzysz - zapytaj koleżankę, sąsiadkę z góry albo jasnowidza z Człuchowa. Ten Sylwester stanie się legendą, bądź jej częścią!
Poniżej znajdziecie szczegóły. Będziemy dodawać na bieżąco nowe informacje.

Wydarzenie na FB: https://www.facebook.com/events/189986761343250/

################# MIEJSCE #################

Cały ośrodek "Sportowa Osada" w Burzeninie w woj.łódzkim (65km od Łodzi, 160km od Wrocławia i Katowic, 210km od Warszawy, Poznania i Krakowa). Osada znajduje się wzdłuż wału Warty na terenie Parku Krajobrazowego Międzyrzecza Warty i Widawki. Teren porośnięty jest lasem sosnowym. Ośrodek posiada rozbudowaną infrastrukturę sportowo-rekreacyjną, z której części można korzystać również zimą. Jest to m.in. sala gimnastyczna (zmieniamy na niej obuwie :) ), sala gier z piłkarzykami i bilardem, miejsce na ognisko, duża stołówka, sala na tańcowanie, świetlica na prelekcje.

Najbliższy sklep położony jest 15min spacerem od ośrodka. W Osadzie będzie czynna kawiarnia, w której można będzie dostać zimne i ciepłe napoje, zapiekanki etc.

Zachęcamy do odwiedzenia strony internetowej Osady: http://www.sportowaosada.pl/

################# DATA #################

Oficjalna część imprezy będzie trwała od 28 do 1 stycznia. Można jednak będzie zostać dłużej (nawet do 3 stycznia) na drobny i na pewno udany afterek :)

################# ZAPISY #################

LICZBA MIEJSC: 300, w tym większość miejsc na łóżkach i trochę miejsc na podłodze (na własnych karimatach).

Po długich dyskusjach oraz z uwzględnieniem waszych uwag rezygnujemy w tym roku z formuły „kto pierwszy, ten lepszy” :) Zaspokoimy każdego pod względem Waszych pomysłów na zapisy :) Każdy będzie musiał oczywiście wypełnić najpierw formularz zgłoszeniowy. Przyjrzymy się Waszemu zaangażowaniu, a także czynnemu uczestnictwu w naszej społeczności, ale nie zabraknie też miejscówek do wylosowania, tak żeby dodać imprezie kolorytu i zwiększyć szanse nowych osób na dołączenie do naszej rodziny :)

Pulę osób w drugiej turze zapełnimy ręcznie na podstawie waszych listów z odpowiedzią na pytanie "Dlaczego to ja powinienem/powinnam pojawić się na VII Autostopowym Sylwestrze?" :)

Zapisy będą trwały od 27 do 30 listopada. Kolejność wypełnienia i wysłania formularza nie gra żadnej roli!

Po pierwszej turze każdy zgłoszony uczestnik otrzyma maila czy dostał miejsce z pierwszej tury czy też czeka go tura druga.

Po załapaniu się do I lub II tury każdy uczestnik będzie miał 3 dni od momentu otrzymania potwierdzającego maila na wykonanie przelewu oraz 7 dni na ewentualne wycofanie się z imprezy i otrzymanie zwrotu kosztów.

Bardzo prosimy o czytanie regulaminu imprezy w czasie wypełniania formularza!

W formularzu będziecie wybierać preferowany rodzaj noclegu (łóżko/podłoga). Uprzedzamy, że ostateczny przydział może się różnić od preferowanego w zależności od popularności i dostępności danego rodzaju noclegu. Konkretne informacje razem z dokładną kwotą i ostatecznymi parametrami dostaniecie w mailu zwrotnym potwierdzającym załapanie się na miejsce.

Nie ma możliwości wybierania sobie w trakcie rejestracji numeru pokoju czy też współlokatorów. Wszystko będzie ustalane już na miejscu na recepcji.

################# CENY #################

NOCLEG
Osobodoba na łóżku: 30 zł
Osobodoba na podłodze: 25 zł

Jednorazowa zrzutka organizacyjna 10zł
(bez względu na liczbę nocy i standard, przeznaczona zostanie na atrakcje sylwestrowe)

Wszystkie pokoje są ogrzewane i posiadają łazienkę oraz balkon.
Ośrodek nie zapewnia pościeli, dlatego prosimy zabrać ze sobą ciepłe śpiwory.
Na miejscu będzie można za symboliczne 5zł za cały pobyt dostać poduszkę, kołdrę i poszewki na nie.

POSIŁKI
Obiadokolacja (zupa+II danie+kompot) - 14zł
Śniadanie (podawane w półmiskach do stolików - jesz ile dasz rade, ale nie wynosisz!) - 10zł

Zachęcamy Was bardzo serdecznie do zamawiania ciepłych posiłków :)
Dodatkowo, jak wspomiane wyżej, w ośrodku będzie czynna kawiarnia z zimnymi i ciepłymi napojami i przekąskami typu zapiekanki.


################# ATRAKCJE #################

Będzie ich mnóstwo, ale szczegóły podamy później. Oczywiście Wasze propozycje i sugestie są mile widziane! Na pewno nie zabraknie prelekcji, warsztatów, zabaw, konkursów, tańcowania, morsowania, integracji, gier i rywalizacji. Będziemy mogli korzystać z sali gimnastycznej, sali gier z piłkarzykami i bilardem, zrobimy też wyścigi na wojskowym torze przeszkód (zabierzcie ze sobą ciuchy, które mogą się zniszczyć!). Za dodatkową opłatą będziemy mogli się bawić na torze łuczniczym, strzelnicy paintballowej i pneumatycznej oraz na ściance wspinaczkowej i w parku linowym (dwa ostatnie pod warunkiem, że nie będzie oblodzenia albo opadów deszczu). Być może będziemy też szaleć z detektorami metalu w trakcie poszukiwania skarbów! Być może też zrobimy kulig :) Nastawiajcie się na ognisko każdego dnia. Na pewno będą też fajerwerki z przytupem (niektórzy organizatorzy biorą na tę okazję dodatkową parę majtek na przebranie po pokazie :D ). Postaramy się również, żeby było dużo okazji do wygrania fajowych nagród. BĘDZIE SIĘ DZIAŁO! :)

################# POTRZEBUJEMY #################

1. Wolontariuszy – do ogarniania recepcji, porządku i innych spraw bieżących. Od wolontariuszy wymagamy, żeby przyjechali dzień wcześniej tj. 27.12.
2. Prelegentów – podzielmy się z innymi wrażeniami z własnych podróży małych i dużych
3. Warsztatowców - podzielmy się z innymi własnymi zdolnościami
4. Instrumentów i grajków
5. Filmów z podróży (max 10 min), które będziemy puszczać podczas przerw między atrakcjami.
6. Pomysłów na gry, zabawy i inne atrakcje – te najlepsze wykorzystamy! :)

Wszelkie zgłoszenia ślijcie na autostopowicze.org@gmail.com


PROŚBA
Rozumiemy, że każdy z nas chce spędzić ten wyjątkowy czas ze znajomymi z podwórka. Prosimy jednak: nie zabierajcie ze sobą całego roku ze studiów czy wszystkich znajomych z pracy, dla których będzie to tylko tania impreza, bez patrzenia na klimat. Namówcie tylko tych najbardziej podróżniczych i otwartych na świat (również pragnących zacząć przygodę z autostopem), którzy stworzą z nami prawdziwą Autostopową Rodzinę :)


********************************************************************
********************************************************************

ENGLISH VERSION SOON

Statystyki: autor: sxtn — 23 listopada 2015, 19:13


]]>
2015-10-27T22:31:47+00:00 2015-10-27T22:31:47+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=884&p=3140#p3140 <![CDATA[Relacje z podróży • Monako]]> Jedna rozmowa z nim i nagle zdajesz sobie sprawę że wszystkie Twoje problemy to pestka , przypominasz sobie że ludzie mają większe problemy niż brak miejsca do wyprania ciuchów itp.
Wiem że dużo ludzi jeździ na Lazurowe Wybrzeże na stopa , gdybyście się tam wybierali i chcieli wpaść do niego napiszcie na PW, opisze gdzie go znaleźć. I gwarantuję że tam wrócicie , ja na pewno wrócę. Mówi po Francusko-Włosko-Angielsku ale bez problemu się z nim dogadasz :)

Co do samego tripa to miałem dwa zdarzenia które chce opisać:

1.Ruszałem z Rotterdamu ale ze względu że nie lubię robić komuś "przypału" postanowiłem nie brać ze sobą baki. Drugim stopem jechałem z Belgiem który co rok na wakacje lata do Hiszpanii i wraca rowerem ( też fajny sposób na podróżowanie ). Dojeżdżamy do jego miasteczka , pokazał mi gdzie na 2 dzień mogę łapać i park gdzie mogę spać a później zabrał do kolegi ... dilera. Zrobiliśmy 2 blanty a na pożegnianie dał mi cały wypchany pakiet , mówię mu co z tym zrobie przecież na granicy Francuskiej mogą mnie złapać a on dał mi - haha - dezodorant i kazał wypsiukać cały samochód żeby nie czuli. Na szczęście nie było kontroli a baki starczyło przez ponad 2 tygodnie podróży :)

2.Dojechałem do Monako , same luksusowe jachty itp. ogólnie zero ludzi przypominających turystów. Z moim plecakiem wyglądałem tam jak "murzyn w ku klux klanie". Na wzgórzach wokół miasta jest od groma miejsc do spania na dziko trzeba tylko uważać bo na części spadają kamienie wielkości piłek lekarskich. Monako fajne miejsce do zatrzymania się , zdziwiło mnie to że w mniejszym porcie był prysznic - darmowy - ale środek jakby sprzed 50 lat a chodzili się tam kąpać ludzie z 3 poziomowych jachtów.
W mieście jest jeden Carrefour i jedzenie w nim naprawdę tanie , za kilko bananów czy jabłek 1 euro więc tragedii nie ma , 1,5 litra wody 30 ec. 4 dnia postanowiłem się kimnąć na ławce i to był błąd bo rano powitało mnie "bonjour , passport please" - 2 żandarmów zaprowadziło mnie na posterunek i nie wiedzieli co ze mną zrobić , w końcu wywieźli mnie za miasto i powiedzieli "No money - no Monako , that way for France".

Reszta tripa bez większych przygód :)

Statystyki: autor: zajonc — 27 października 2015, 22:31


]]>
2015-05-09T19:19:07+00:00 2015-05-09T19:19:07+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=767&p=2827#p2827 <![CDATA[Relacje z podróży • Przez Serbię do Grecji]]> :D
Zapraszam do relacji z trasy! :)


http://nasucharze.blogspot.com/2015/05/ ... recji.html

Statystyki: autor: aguuson — 09 maja 2015, 19:19


]]>
2014-06-27T20:18:28+00:00 2014-06-27T20:18:28+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=548&p=2317#p2317 <![CDATA[Relacje z podróży • Węgry/Chorwacja]]> Miłej lektury
1.
2.
3.

Statystyki: autor: Veniz — 27 czerwca 2014, 20:18


]]>
2014-01-29T16:39:44+00:00 2014-01-29T16:39:44+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=186&p=614#p614 <![CDATA[Relacje z podróży • Czechy za free 12-15 maja 2012]]>
1.Czechy 12-15 maja 2012

12 maja 2012 – DZIEŃ PIERWSZY

Startujemy wraz z kolegą w pierwszej edycji Rzeszowskiego Uniwersyteckiego Rajdu Autostopowego organizowanego przez Uniwersytet Rzeszowski i portal autostopik.pl Jest godzina 8.40 godzina naszego startu. Idziemy na wylotówkę, ale oczywiście zapomniałem wziąć tekturę do napisania nazwy miejscowości. Wstępujemy do pierwszego sklepu, w którym niestety nie znajdujemy kartonu. W sklepie alkoholowym, jak na złość i zachętę, wręczono nam karton. Idziemy na ulicę Krakowską. Na sam początek próbujemy łapać na przystanku koło szpitala MSWIA. Bezskutecznie. Wcześniej spotkaliśmy parę gości, którzy wyruszyli o godzinie 8. Zrobiło mi się przyjemnie, bo wyruszając później od nich, spotkaliśmy ich jeszcze w Rzeszowie. Po pierwszym miejscu łapania, idziemy dalej. Na następnym przystanku spotykamy wcześniejszą parę. Idziemy na stację benzynową.
- Przepraszam, jedzie Pan może w kierunku Krakowa? – pytam.
- nie – słyszę kilkakrotnie tą samą odpowiedź.
Idziemy po pierwszych porażkach na przystanek za aleją Wyzwolenia.
- dawać, dawać!!! Jesteście ostatni – słyszymy głos z jakiegoś samochodu.
Stanęliśmy na zatoczce i za około dziesięć minut jechaliśmy czarną Alfą Romeo prosto do Nagawczyny. Podczas jazdy, jeszcze na ulicy Krakowskiej w Rzeszowie, widzieliśmy wspomnianą już parę zawodników. Facet wysadził nas na stacji benzynowej, gdzie zauważyliśmy siedzącą z kartonem z napisem „Kraków”, kolejną parę. Postanowiliśmy nie czekać, tylko ruszyć do ludzi wjeżdżających na stację.
- Przepraszam jedzie Pan w kierunku Krakowa? – pytamy ludzi.
Spotkaliśmy parę jadących na Śląsk, więc nam byłoby bardzo po drodze.
- jedziemy na Śląsk, ale mamy tył zajęty – odpowiadają na pytanie kolegi.
Gdy minęło około pół godziny czasu, postanowiliśmy pójść na okoliczny przystanek autobusowy. Po około godzinie bezskutecznego wyczekiwania, wróciliśmy ponownie na stację. Wcześniej spotkanej pary już nie było. Zajęliśmy ich miejsce na krawężniku. Wystawiliśmy karton. Niestety ruch był bardzo mały. Popytaliśmy kilka osób, ale bez żadnego pozytywnego rezultatu. Międzyczasie zobaczyliśmy naszych „kolegów” z Krakowskiej z pięknymi minami, jadących jakimś samochodem. Później ujrzałem samochód z „ciekawą” rejestracją, więc uderzam. „K…” znowu bezskutecznie. Podchodzę do jakiegoś węgierskiego TIR-a.
- Jedzie Pan na Kraków? – pytam pomagając sobie ręką, pokazuje w kierunku zachodu.
- Jadę – odpowiada facet łamaną polszczyzną, a właściwie węgieropolszczyzną.
- zabierze mnie Pan wraz z kolegą? – pokazuje mu dwa palce. Facet zgadza się. Ruszam szybko po kolegę i radośnie wołam „chodź, jedziemy…”. Facet otwiera nam drzwi. No i jesteśmy w drodze. W Pilźnie niespodzianka. Na przystanku ponownie zobaczyliśmy „kolegów”.
„Tym razem nas nie wyprzedzą” – myślę sobie.
Facet jedzie do Opola, więc wysiądziemy w województwie Śląskim, na zjeździe „Brzęczkowice” w Jaworznie, albo już w Mysłowicach. Jedziemy autostradą A4, a mimo to facet zatrzymuje się nam. Wychodzimy na drogę ekspresową S1, ale tam cały czas jest linia ciągła i nie ma żadnych zatoczek. Idziemy wzdłuż tej drogi. Jakiś strach nas otacza, bo koło nas przejechało kilka radiowozów. Postanawiamy jak najszybciej zejść z tej drogi. Po kilku kilometrach wychodzimy na wiadukt łączący ekspresówkę S1 z drogą wojewódzką nr 934. Widzimy tam kilka budynków magazynowych, przy których stoi szereg TIR-ów. Jest już znany pomysł. Niestety, żaden samochód nie wyjeżdża stamtąd, a droga jest mało uczęszczana. Postanawiam pozostać na wjeździe do drogi ekspresowej. Po kilku minutach, wbrew obawom, zatrzymuje się „matiz”, a za nim drugi, który mimo postoju, co nas zdziwiło, nie trąbi. Facet jedzie do Tych. Na naszych twarzach zagościły uśmiechy. Od kolesia dowiadujemy się, że w samochodzie za nim jedzie ojciec, więc sprawa trąbienia wyjaśniła się. Facet jakby w transie, opowiada cały czas o swoich samochodach i przygodach. Jeździ bez prawa jazdy już jakiś ładny okres. Chce opowiedzieć mu o wcześniejszej drodze, ale facet w ogóle nie słucha. Dalej mówi o swoich przygodach. Dowiadujemy się, że siedział w więzieniu, a teraz jest na przepustce zdrowotnej. „Uszkodzeniu” uległo jego kolano. Opowiada, jak to okradał z kolegami banki. Teraz nie potrzebuje pracować. Zwierza się ze swoich przygód miłosnych.
- Przer… tysiąc panien. Ja już się wyru… – opowiada.
Wysiadamy na rozjeździe w Tychach. Robią tam remonty, więc stajemy na poboczu. Po około 10 minutach, zatrzymuje się Austryjak. Jedzie do Wiednia. Zostaniemy podwiezieni do samego Czeskiego Cieszyna. Trochę ciężko nam się rozmawia po angielsku. Dojeżdżamy do drogi na metę, która jest 15 km od miejsca, w którym Austryjak chce nas wysadzić. Pokazuje na mapie gdzie mamy jechać, ale widząc, że nie za bardzo go rozumiemy, postanawia nas podwieźć. Wysiadamy w miejscowości przeznaczenia, koło hotelu około 16. Idziemy do hotelu, by dowiedzieć się, jak dojść na miejsce. Szukamy, szukamy, ale nie możemy nic znaleźć. W między czasie, spotykamy parę dziewczyn, również szukających campingu. Mówią, że okrążyły całe jezioro dookoła, i również nie mogą znaleźć campingu. Postanawiamy ponownie iść do hotelu i wtedy z samochodu wysiada kolejna para. Idziemy razem do hotelu. Wychodzimy, i postanawiamy w szóstkę iść na jakikolwiek camping, samemu zapewnić sobie nocleg. Na miejscu postanawiamy odpocząć. Dziewczyny wyciągają ukraińską śliwowicę. Oczywiście pijemy wszyscy. Jest zimno jak jasna holera. Po posileniu się i napojeniu, postanawiamy nie zostawiać w tym miejscu, ale udać się na drugą stronę. Wcześniej jedna z dziewczyn, zdobywa numer do ludzi z organizacji będących w Czechach. Wedle wskazówek, idziemy już po ciemku drogą do celu. Jesteśmy wkurzeni na organizatorów za brak adresu i nazwy campingu. Idąc, spotykamy czwartą parę, która wysiada z samochodu. Jest nas już osiem osób. Po kolejnym błądzeniu, o godzinie 22 dochodzimy na miejsce zmęczeni i zziębnięci. Rozbijamy nasz namiot i jak się okazuje, nie mamy dwóch tyczek. Przygody nas nie opuszczają. Postanawiamy z zapoznanymi wcześniej ludźmi podzielić się miejscami w namiotach. Jesteśmy głodni. Ku naszej uciesze, zostało jeszcze trochę kiełbas z grilla. Mamy zamiar podzielić się trzema, ale już za chwilę okazuje się, że kiełbas jest dwie. Ktoś zwędził w międzyczasie jedną. No nic. Dwie kiełbasy krążą wokół 6 osób, niczym jak wódka w kółku. Idziemy miło spędzić czas na „basen”, który okazuje się być małym skateparkiem. Pijemy tzw. „turbo kolę”, czyli wino z colą. Idziemy jeszcze do jednej budki na nocne rozmowy. Siadam koło okna, na łóżku piętrowym. Chcąc zamknąć okno, wybijam przypadkiem szybę. Jest śmianie. Zakrywamy okno, wykorzystując kartony z nazwami miast. Po jednym piwie czeskim, idziemy spać. Mimo wcześniejszych postanowień o spaniu w jednym namiocie w szóstkę, ja z kolegą idziemy jednak do innego namiotu, wypożyczonego od koleżanek. Śpimy w dwójkę. W nocy przychodzi do nas, i kładzie się między nami jedna z dziewczyn.

13 maja – DZIEŃ DRUGI

Wstajemy rano koło 7. Pakujemy się.
- Możemy prosić wrzątek? – pytamy gościa z campingu. Jemy dwie zupki chińskie i z jedną z par, opuszczamy miejsce. Idziemy do przystanku i łapiemy stopa. Zatrzymuje się facet, który bierze pierwszą dwójkę. My czekamy chwilę. Zaraz i my jesteśmy w drodze. Zabiera nas dwóch Czechów.
- Dokąd jedziecie? – pyta Czech.
- Do Czeskiego Cieszyna – odpowiadam
- Wsiadajcie.
- Pójdziecie z nami na piwo? – proponuje później.
- Czemu nie? - odpowiadamy
Myślę, że spoko. Skończy się na jednym i pójdziemy dalej. Stanęło na czterech czeskich piwach. Dobrze, że nie są tak mocne jak nasze, polskie. Niestety zabrakło mi insuliny i nasza dalsza podróż po Czechach stoi pod znakiem zapytania. Musimy iść do Polskiego Cieszyna, do szpitala po receptę. Zastanawiam się jednak nad swoim stanem po tych piwach. Obawiam się o ta wizytę w szpitalu, bo głupio iść w takim stanie nagazowania!!! Hahahahaha ;) No nic. Idziemy. Nie mamy żadnego wyjścia. Po jakimś czasie, bez problemów dostaje receptę. Nie mam jednak kwoty na zakupienie insuliny(40 zł). Idziemy do apteki.
- Pożyczysz mi 50 zł?
- Masz. To ostatnie pieniądze.
Eh, ta moja skleroza. Udajemy się do sklepu. Trzeba w końcu wydać przed dalszą podróżą pieniądze, które nam zostały, czyli 25 zł. Kupujemy zupki chińskie, chleb, konserwy, czteropak (wbrew moim sprzeciwom). Udajemy się z powrotem do Czeskiego Cieszyna. Planujemy jeszcze dzisiaj dojechać do Brna, oddalonego około 200 km od granicy. Spotykamy po drodze „naszych” Czechów z porannej „popijawy”. Jeden z nich miał iść do kościoła, ale jednak plany „przymusowo” się zmieniły pod wpływem kolegi! Trochę błądzimy. Udaje się dojść na drogę prowadzącą do miejscowości Frydek Mistek. Niestety jest to droga ekspresowa, na której nie ma żadnych zjazdów, stacji benzynowych, zatoczek, itp.
- Kuźwa, nie wydostaniemy się stąd – mówię do kolegi. Po krótkiej próbie, wracamy na wjazd na tą drogę. Łapiemy Czecha. Zawozi nas do Frydka. Tam próbujemy łapać okazję do miejscowości Brno. Zimno się robi. Mam już trochę dość stania. Po okresie około dwóch godzin łapania, decydujemy iść na stację benzynową. Pytamy zatrzymujących się tam ludzi, ale nikt nie kieruje się na Brno. W międzyczasie jemy zupkę chińską. W końcu na stację zajeżdża jakiś Polak.
- Jedzie Pan w kierunku Brna? – pytam
- Jadę do Wiednia. - odpowiada Pytam dalej
- Możemy się zabrać z Panem?
Facet zgadza się. Kobita w stacji benzynowej również go nakłania, by wziął nas ze sobą.
- Niech Pan weźmie Polaków. Stoją tu już tyle czasu.
Po chwili jedziemy już do Brna w zaje… Mercedesie. Facet pruje jak oszalały. 140 km, 160 km, szybciej i szybciej 185 km, aż w końcu 225 km. Dojeżdżamy do Brna – cel na dzień dzisiejszy.
- Wysadzę Was na wylotówce, pojedziecie sobie dalej tramwajem. – mówi facet.
- Dobrze, pojedziemy na gapę, bo nie mamy już pieniędzy – odpowiadam.
Facet wysadza nas
- macie tu po10 euro na obiad – mówi
- nie możemy tego przyjąć – odpowiadam.
Facet jednak wsadza mi pieniądze do kieszeni.
- Dziękujemy bardzo
Wcześniej dał mi do czapki w drobnych około 26 euro. Nasza radość była wielka, bo facet „uratował nam życie”.
Jedziemy do centrum. Stać nas na kupienie biletu!
Teraz poświęciliśmy czas na nudny etap podróży, czyli zwiedzanie starego miasta.
Wcześniej wymieniliśmy euro na czeskie korony. Zjedliśmy na dworcu kolejowym nasze nieocenione w podróży zupki chińskie. Spotkaliśmy na dworcu Polkę z Pomorza.
- gdzie w ogóle będziemy spać? – pytam kolegę.
- może na dworcu?
- tu nie da rady. Wyganiają.
Idziemy dalej zwiedzać miasto. Przechodzimy koło katedry. Zobaczyliśmy dobre miejsce do rozbicia namiotu pod drzewkiem, w rogu murów okolicznych budynków katedry..
- tu się rozbijemy. Tu będzie fajnie, bo nie będziemy bardzo widoczni. - mówię
- Oki – odpowiada kolega.
- ku… wdepłem w gówno – wołam podczas rozbijania namiotu.
- Hahahahaha
Zostawiam buty przed wejściem do namiotu, żeby nie śmierdziało. Tropik wykorzystuje jako dodatkową ochronę przed zimnem. Nauczyłem się po poprzedniej nocy. Założyłem do snu na siebie wszystkie koszulki jakie miałem, oraz kurtkę. Obtoczyłem się śpiworem, jak tylko mogłem najlepiej. Nie mogę jednak usnąć z zimna.
Słyszę jakieś kroki. Nie dają mi również spać widocznie cienie przechodzących nieopodal ludzi. Obok bawią się jakieś dzieci. Ktoś rzuca w nasz namiot małe kamienie. Chcą wziąć moje buty. Zabieram je szybko do środka.
- Dobry wieczór. Policja. Žert tam ktoś? – mówią dwaj policjanci zrozumiałym przeze mnie czeskim, świecąc latarkami.
- dobry wieczór – odpowiadam
- Jste v pořádku?
- tak
- zda muži sbalit tady ráno?
- tak- odpowiadam domyślając się, że chodzi o opuszczenie tego miejsca rano.
Tak zakończyła się bezboleśnie wizyta policjantów. W końcu usnęliśmy.

14 maja - DZIEŃ TRZECI

Godzina 6. Wstajemy, choć trochę mi się nie chce. Długo nie pospaliśmy. Zmarzlismy bardzo tej nocy. Idziemy na stację kolejową po wrzątek na zupkę chińską. Jemy i idziemy jeszcze trochę pozwiedzać. Wyjeżdżamy na gapę na wylotówkę. Stajemy na wjzad na autostradę w kierunku Pragi – naszego dzisiejszego celu.
-Tutaj nic nie złapiemy – mówię do kolegi po około 15 – 20 minutach – musimy iść na stację benzynową
-Oki. Idziemy – mówi kolega
-Musimy iść wzdłóż tych torów. Tam jest stacja.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Po drodze wzięliśmy jakiś karton i napisalismy „PRAHA“.
-Musimy przejść przez ten potok i tory, bo stacja jest po tamtej stronie – mówię do kolegi
Przeszliśmy, ale zobaczyliśmy ogrodzenie, a za nim sad.
-Poczekaj tutaj. Przejdę i zobaczę jak tam jest. Czy da się przejść do stacji benzynowej. – mówię do kolegi
-Chodź, idziemy tam. Trzeba przejść. W tym sadzie nie ma nikogo – mówię po około 7 minutach do kolegi, gdy wróciłem po rozejrzeniu się w terenie.
Przerzuciliśmy sobie rzeczy przez ogrodzenie i poszliśmy w kkierunku stacji. Szybkim krokiem idziemy wzdłuż autostrady, wbrew zakazom. W końcu dochodzimy i stawiamy nasz karton. Mija minuta, dwie, pięć, dziesięć i żadnego rezultatu.
-Jedzie pan w kierunku Pragi? – pytam niejednokrotnie ludzi zatrzymujących się na stacji.
Koledze udało się załatwić jakiś transport do Pragi, ale niestety kobieta ma tylko jedno miejsce wolne. Musimy z przykrością zrezygnować. Powstał pomysł, aby się odłączyć, ale ostatecznie zostaliśmy razem. W końcu podjeżdża jakiś polski tir.
-Jedzie Pan w kierunku Pragi? – pytam
-Nie, jadę tu zaraz – odpowiada
-Mógłby nas Pan wziąć te parę metrów dalej, do następnej stacji? Może tam będzie łatwiej, bo tu stoimy już długi czas i nie możemy nic złapać.
-Dobra, wsiadajcie.
Koleś podwiózł nas dwie stacje dalej, czyli około 2 km. Dobre i to, jak ma się stać cały dzień w jednym miejscu. Ponownie pytamy ludzi, ale beskutecznie. Napadły mnie obawy, że nie wyjedziemy już w ogóle z tych Czech. Była już około godziny 14, kiedy zdecydowaliśmy się łapać na innej drodze, ale tam niestety była linia ciągła. Wróciliśmy na stację i pożywiliśmy się zupką chińską, wraz z chlebem. Zobaczyliśmy wjeżdżającego na stację jakiegoś polskiego tira. Podchodzimy i pytamy.
-Jedzie Pan w kierunku Pragi?
-Jadę 100 km tą drogą, a później odbijam na... – odpowiada.
-Możemy się zabrać choć ten kawałek? Zawsze to będzie bliżej do celu. Chcemy wydostać się stąd, bo tkwimy tu już ze dwie godziny.
-Ok. Ale za 45 minut, bo teraz mam pauzę.
-Dobra nie ma sprawy. Będziemy się tu kręcić i przyjdziemy później. Jakbyśmy coś złapali miedzyczasie, to damy znać.
Nareszcie. W końcu jesteśmy w drodze. Po jakiejś godzinie facet wysadza nas na stacji gdzieś w Czechach, przy autostradzie. Dalej stajemy z naszą tablicą na wyjeździe ze stacji. Przy okazji pytamy się ludzi, czy by mogli nas zabrać. Wychaczyliśmy jakiegoś eleganta, który trochę niechętnie, ale zdecydował się nas zabrać, za około godzinę czasu. Czekamy na niego, mimo wszystko próbując łapać dalej stopa. Zatrzymuje się na stacji camber. Wysiada czesko niemieckie małżeństwo. Mówią, że mają jedno miejsce wolne. Po około 10 minutach odpoczynku, decydują wziąć nas. Około 17, albo troszkę później, bylismy w samym centrum Pragi. Pozwiedzaliśmy miasto i planujemy powrót.
-Pasowałoby, żeby już dzisiaj mieć zapewniony powrót do Polski. – mówi kolega
-Dobra, to trzeba się stąd wydostać, tylko jak? Ja nie mam żadnego pomysłu. Tu jest jak w dżungli. – odpoiwadam - Trzeba jakąś mapę zdobyć. Chodź na stację kolejową. Tam powinny być jakieś mapy.
Po drodze kupiłem mapę Pragi. Nie wiedzieliśmy jednak dalej nic. Poszliśmy na stację koleji podmiejskiej. Popytaliśmy kilku Czechów, ale dalej nic to nam nie wyjaśniło. Każdy mówił co innego. Wydało nam się to śmieszne, i groteskowe zarazem. Byliśmy w wielkim mieście i nie umieliśmy się z niego wydostać. Mi w międzyczasie spadł cukier. Poczułem się słabo. Po zjedzieniu czekolady, poszliśmy na dworzec główny. Skorzystałem z uslugi informacji turystycznej. W końcu dowiedziałem się coś konkretnego.
Pojechaliśmy na gapę czerwoną linią metra do następnej stacji, gdzie musieliśmy się przesiąść na żółtą linię. Dojechaliśmy nią do końca.
Zachciało mi się strasznie srać. Była godzina 21.30, czyli kibel był już od 30 minut zakmnięty. Widzę kobitę, więc pukam w szklane drzwi. Otwiera i mówi coś po Czesku. Nie rozumiem z tego nic, oprócz rozkazu wręczenia jej pięciu koron. Daje sześć i idę robić swoje, lecz nie ma papieru. Proszę ją, ale widzę niezadowolenie na jej twarzy. Daje mi tą srjtaśmę, a później po robocie sprawdza ze mną stan czystości kibla. Zaczynamy krótką rozmowę. Dowiaduję się, że była około 5 lat w Polsce na ziemniakach i nie dostała za to pieniędzy. Niestety narzekała na nas Polaków 
Wracam do kolegi i wyruszamy na wschód, w nieznane. Zobaczylismy tablice kierunkowe na Wrocław. Podążamy tam. Na zewnątrz było już ciemno. Idziemy ekspresówką, a następnie wkraczamy na autostradę – znowu!!! Nie wiemy, czy dalej jest stacja, no ale cóż. Postanowiliśmy zaryzykować.
-Patrz tam jest chyba znak informujący o stacji benzynowej – wołam z radością do kolegi – tak za 2500 metrów jest stacja – wołam tym bardziej z entuzjazmem.
Nasza sytuacja wygląda nieco lepiej. Idziemy ciemną, czeską autosradą.
-Byle nas policja nie zatrzymała – mówię.
Po jakimś czasie dochodzimy do stacji benzynowej i od razu rozglądamy się za polskimi TIR-ami. Widzimy jednego, drugiego.
-Cała sterta. Jesteśmy uratowani!!! – wołam.
Widzimy kabinę w której się świeci.
-Pytać się gościa? Nie za późno już? – mówię do kolegi.
-Próbuj – odpowiada.
Pukam.
-Czego? – woła nieprzyjemnie kierowca.
-Dobrywieczór. Jedzie Pan jutro do Polski?
-Nie widać na pace napisu ISO? Jest zakaz przewożenia powyżej jednej osoby.
-No nic, przperaszam. Dobranoc.
Idziemy dalej. Widzę innego kierowcę, który sika. Gdy skończył, pytam go.
-Jedzie Pan jutro do Polski?
-Jadę.
-Wziąłby Pan nas?
-Mogę wziąć tylko jedną osobę.
-A gdzie Pan jedzie? Do jakiego miasta w Polsce?
-Do Krakowa.
-O to spoko – mówi kolega, któremu zależy, by dojechac do Krakowa na kurs.
-To jedź sam. Ja sobie znajdę coś – mówię do kolegi.
-Oki
-A o której Pan jedzie?
-O 2.15. Bądź tu w takim razie o tej porze.
-Dobra. To dobranoc.
-Chodź. Teraz ja muszę sobie coś znaleźć – mówię do kolegi.
Idziemy dalej szukać. Widzimy dwie osobówki na polskich rejestracjach.
-Pytaj teraz Ty – mówię – ja już nie mam siły.
-Dobrywieczór. Jadą Panowie do Polski teraz?
-Jedziemy – odpowiada jeden z trójki Polaków. – jedziemy do Katowic.
-Możemy się zabrać? – mówię – my nie mamy złych zamiarów, ale chcemy zabrać się do Polski.
-Dobra wsiadajcie, tylko po drodze musimy coś zjeść.
Po minucie byliśmy już w drodze. Zatrzymalismy się jeszcze tylko w maku...

15 maja - DZIEŃ CZWARTY
... wyruszamy spod maka prosto do Polski, do Katowic. Rozmawiamy po drodze z kolesiem. Oczy mi się już kleją. Około godziny 5 dojeżdżamy na świecącą pustkami stację benzynową w katowicach. Przyjeżdżających ludzi pytamy, czy jadą w kierunku Krakowa. Niestety, bezskutecznie. Po którejś próbie, znaleźliśmy się w samochodzie gościa jadącego za Kraków, do pracy, na budowę autostrady. Kolega wysiadł na Wielickiej. Dla niego podróż dobiegła już końca. Teraz jeszcze przede mną około 150 km. Facet wysadza mnie na stacji benzynowej, w Siedlcu. Pytam ludzi, ale bezskutecznie. Idę na przystanek. Tam łapię. Bo jakimś czasie staje mi kolo, który zabiera mnie do Brzeska. Wysiadam koło godziny. Idę wymienić nie wydane jeszcze 10 euro od Polaka spotkanego w Czechach. Mogę za część tych pieniędzy kupić coś do jedzenia. Po posileniu się, idę na wylotówkę. Zaczął padać deszcz, trochę zmokłem. Staje na jakimś nieuczęszczanym pasie , ale nikt tam się nie zatrzymuje. Idę schować się do sklepu spożywczego.
-Jest tam dalej przystanek? – pytam kolesia – chce stopa złapać
-Jest około kilometr dalej, ale nikt Cię nie weźmie na stopa – odpowiada koleś. Takich odpowiedzi słyszałem już wielokrotnie.
Po chwili idę na przystanek. Na nim stoi jakiś TIR na rzeszowksich rejestracjach.
-Jedzie Pan w kierunku Rzeszowa? - pytam
-Jadę, ale nie do Rzeszowa - odpowiada
-A można choć kawałek się zabrać, bo będzie już bliżej do celu?
-A do jakiejmiejscowości jedziesz?
-Do Rzeszowa.
-Ja do Dębicy.
-To można ten kawałek?
-Wsiadaj.
Jak się okazało, facet dojechał jednak do Rzeszowa. Miał jeszcze czas do pauzy. Wysadził mnie na przystanku około kilometr od domu.
Tak zakończyła się moja autostopowa przygoda po Czechach. Za pieniądze które mi zostały, kupiłem sobie na pamiątkę jedną mapę Czech.

Pozdro
Marcin

Statystyki: autor: marcinlulek — 29 stycznia 2014, 16:39


]]>
2014-01-29T16:38:12+00:00 2014-01-29T16:38:12+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=185&p=613#p613 <![CDATA[Relacje z podróży • Rzeszów - ?Węgry? - 26 maja 2012]]>
Węgry 26 - 26 maja 2012

26 maja 2012 – DZIEŃ PIERWSZY, A ZARAZEM OSTATNI

Ten wyjazd pokazał nam, że nie wszystko, i nie za każdym razem, podróże autostopem są realizowane w stu procentach, wedle planów. Była to wielka nauka życia i pokory. Wycieczka udowodniła nam, po ostatnich „sukcesach”, że podróżowanie tym sposobem polega na przygodzie, nieprzewidywalności, a niekoniecznie na dotarciu z miejsca „A”, do „B”.

Tym razem naszym celem miała być następna stolica Europy. Padło na miasto oddalone od Rzeszowa o około 500 km, w stronę południową. Aby tam dotrzeć, trzeba pokonać na swoim tranzycie jedno państwo, Słowację. Miastem tym jest Budapeszt. Morale naszej dwójki były na wysokim poziomie.

Godzina około 9.30. Dopiero wstaje, mimo wcześniejszych planów pobudki o godzinie 8. Po wcześniejszych juwenaliach, i udaniu się w objęcia Morfeusza około 4 nad ranem, nie chciało mi się w ogóle wstawać.

Gdy przychodzi mój towarzysz podróży, czeka go rozczarowanie. Jestem jeszcze nie spakowany i nieubrany. Po szybkim śniadaniu, toalecie, spakowaniu tobołów, wyruszamy. Z Nowego Miasta kierujemy się na ulicę Podkarpacką. Czeka nas miła niespodzianka. przechodząc koło stacji benzynowej, zostajemy zaczepieni.
- Dokąd jedziecie chłopaki? – pyta gościu koło pięćdziesiątki, ubrany w czerwony skafander, z napisem „Ferrari”. Wyglądał, jakby urwał się z wyścigów „Formuły 1”.
- Jedziemy do Barwinka – odpowiadamy.
- Do Babicy mogę Was wziąć, bo jadę do Czudca.
- Z chęcią skorzystamy!!!
- Ładujcie się chłopaki.
Okazało się, że facet prowadzi firmę, specjalizującą w się w wycince drzew. Wysadził nas na przystanku w Babicy. Kierowaliśmy się na skrzyżowaniu w kierunku na Barwinek. Facet polecił nas przez radyjko, dlatego za kilka minut byliśmy w drodze. Tym razem jechaliśmy w kierunku Sanoka. Nasze drogi rozeszły się za Domaradzem. Gdy facet skręcił na Sanok w lewo, my zostaliśmy na przystanku. Po raz pierwszy tego dnia, mimo dojechania około 40 kilometrów, zaczęliśmy łapać stopa. Minuta po minucie, bez żadnego skutku.

W końcu zatrzymuje się nam chłopak.
- Gdzie Pan jedzie? – pyta kolega.
- Jadę do Sanoka.
- My do Barwinka, więc dziękujemy.

Postanowiliśmy opuścić ten przystanek, ponieważ ulokowany był on przed skrzyżowaniem. Ruszyliśmy na następny przystanek, pierwszy na drodze bezpośrednio na Barwinek. Stanęliśmy na przystanku, ale po około dwóch godzinach, stwierdzamy, że pozostanie w tym miejscu, nie ma sensu. Przy okazji zaczepiały nas jakieś dzieciaki. Poszedłem około kilometr dalej, rozejrzeć się za jakąkolwiek stacją benzynową. Niestety, nie było żadnego pożądanego obiektu. Wróciłem.
- Słuchaj, tam nie ma nic. Nie ma sensu stać w tym miejscu. Musimy wrócić na tamten przystanek, i spróbować uderzyć na Sanok. Stamtąd pojedziemy na Krosno. Tam jest większy ruch, więc może być lepiej dojechać, mimo większej odległości. – mówię do kolegi.
- No dobra, chodź stąd. – odpowiada kolega.

Wracamy na pierwotny przystanek. Po około 10 minutach, jesteśmy w drodze na Krosno. Jest nam absolutnie po drodze. Zabiera nas student trzeciego roku prawa na Uniwersytecie Rzeszowskim. Pokazaliśmy mu, gdzie wcześniej łapaliśmy bezskutecznie stopa. Wysiedliśmy na przystanku za rondem, w Miejscu Piastowym.
Zrobiło się chłodno i sięgnąłem po kurtkę.
- Gdzie moja kurtka? – pytam się kolegi.
- Nie wiem. Gdzie ją włożyłeś? – odpowiada.
- Kuźwa, zostawiłem kurtkę u gościa w bagażniku. Ja pierdziele!!! Ta kurtka kosztowała mnie wiele pieniędzy. No nie… kurde!!!!!  Co ja teraz zrobię!!!
- Pójdziesz na wydział prawa we wtorek. Mówił, że ma egzamin.
- Ale jak ja go tam znajdę?
- Poszukasz.

Przygoda trwała dalej, bez przerwy. Coś musiało się zdarzyć. Tym charakteryzuje się autostop. No nic. Kurtkę straciłem. Może jest jakaś nadzieja na odzyskanie, bo na szczęście student pochwalił nam się, gdzie studiuje, i kiedy będzie miał egzamin!!!

Łapiemy dalej. Po chwili jedziemy przez około trzy, cztery kilometry do miejscowości Równe. Wszyscy nie mamy zapiętych pasów i ku naszemu przerażeniu, miga przed nami czerwony lizak. Zatrzymujemy się na przystanku, a ja porywczo łapię za pas. Na szczęście policja nie nas zatrzymywała. Niestety, zatrzymany TIR blokuje cały przystanek. Nie jesteśmy w stanie łapać w tym miejscu stopa.
- Chodź. Idziemy na następny przystanek. Tu nie ma sensu stać. Ten TIR zablokował cały przystanek. – mówię do kolegi.
- Nie. Zostańmy tutaj. – odpowiada kumpel.
- Chodź. On tu może stać z godzinę.

Ruszamy na następny przystanek, oddalony o około 500 metrów.
Łapiemy dalej. Zaczyna padać, a ja mam tylko na sobie przewiewny sweter, sandały i krótkie spodenki. Morale opadły. Jest godzina około 16, a my jesteśmy w czarnej du… Pewnie nie uda nam się dojechać dzisiaj do Budapesztu.

Po około dwudziestu minutach stania w deszczu, zatrzymuje nam się student. Zawozi nas do Dukli. Jedzie na pogrzeb babci. Ponownie stajemy na przystanku. Deszcz powoli ustaje, ale dalej jest zimno i wietrznie. Po około dwudziestu minutach bezskutecznego łapania, udajemy się na pobliską stację benzynową.
- Jedzie Pan jeszcze dzisiaj gdzieś? – kolega pyta kierowcy TIR-a.
- Nie. Ja mam już postój. – odpowiada – gdzie chcecie jechać?
- Naszym celem jest Budapeszt – odpowiadam.
- To dzisiaj będzie Wam ciężko. Od 22 jest zakaz ruchu dla TIR-ów na Węgrzech.
- Dlaczego? Święto jakieś mają?
- Tak. Gdybyście byli trzy godziny wcześniej, to moglibyście coś złapać. Wszystkie rumuńskie TIR-y jechały w tamtą stronę. Wiadomo, na Rumunię to muszą przez Węgry.
- Kurde. Niestety tak długo jechaliśmy z Rzeszowa tutaj. Dzisiaj jakiś kiepski dzień jest. No nic, trudno. Nie będziemy przeszkadzać. Dziękujemy bardzo. Do widzenia.

Nasza meta w Budapeszcie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Morale jeszcze bardziej opadły. Prawie nie mamy już nadziei. Postanawiamy popytać jeszcze kierowców osobówek, tankujących na stacji. Podjeżdża dwóch Słowaków.
- Przepraszam. Jedzie Pan może na Słowacje? Chcielibyśmy się tam dostać. – pytam.
- Jadę, ale później, bo tu mam jeszcze trochę spraw. – odpowiada Słowak.
- no nic, przepraszam.

Podchodzę do kolejnego Słowaka z podobną śpiewką.
- Jadę do Świdnika, szesnaście kilometrów od granicy – odpowiada tym razem koleś.
- Możemy się zabrać? Chcemy dostać się na Słowację. – pytam.
- Wsiadajcie.

Po jakimś czasie, zatrzymujemy się za granicą Polski. Kierujemy się na parking, gdzie kierowcy TIR-ów zatrzymują się w celu kupna „Myta”. Niestety, obecne tam maszyny w ilości około sześciu, wyglądają, jakby zatrzymały się na spoczynek. Ruch jest bardzo mały. Próbujemy na poboczu łapać, ale bezskutecznie. Tracimy nadzieję. Zostajemy wypędzeni ze wspomnianego parkingu, po tym, jak zaczepiamy jednego z kierowców.
- Wracamy do Polski. Chodź na naszą granicę. Zjemy coś. Trzeba wrócić do Rzeszowa. Zimno się robi. To jest bezsensu. – mówię do kolegi ze złością na całą sytuację.
- Nie trać nadziei!!!
- Słuchaj. Święto jest na Węgrzech. Nie damy rady dojechać.

Mimo różnych opinii, decydujemy się iść do polskiego baru, by zdobyć wrzątek na nasze zupki. W barze zaczepia nas pewien chłopak, który twierdzi, że widział nas stojących na przystanku w Dukli. Zaprasza na wódkę.
- Czemu nie – odpowiadam.
Zaczęła się rozmowa.
- Mam dwa wyroki. Pracowałem za karę społecznie. Porozbijałem kilka barów – zwierza się chłopak.
Dowiadujemy się wiele o jego życiu.

Opuszczamy jednak miejsce, ponieważ chcemy mimo wszystko dostać się do Rzeszowa.
Kolega zagaduje jakiegoś szwajcarskiego kierowcę, co jest rzadkością na polskich drogach. Z facetem nie idzie się dogadać. Słysząc słowa mojego kolegi, zaczepia nas Polak, z tej samej firmy.
- Wezmę Was do Rzeszowa.

Okazało się, że będziemy jechać w kolumnie aut, pilotujących TIR-a. Wieźli niewymiarowy ładunek – wagon do Estonii.
- Ale frajda – pomyślałem.

Uczestniczyliśmy w zaje… „przedstawieniu”. Przy okazji, pomagaliśmy gościowi przestawiać słupki, by niewymiarowy ładunek mógł „przejść” przez drogę.

Koło godziny 23 dotarliśmy do Rzeszowa. Nasza przygoda zakończyła się.

Stwierdziłem, że mimo nie dotarcia do celu, wycieczka udała się. W końcu nie często zdarza się wieść taki ładunek. Byliśmy od wewnątrz świadkami trudnej pracy kierowców. Przynajmniej idea stopa wypełniła się w naszej podróży. I oto chodzi.

Pozdro
Marcin

Statystyki: autor: marcinlulek — 29 stycznia 2014, 16:38


]]>
2014-01-21T23:35:56+00:00 2014-01-21T23:35:56+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=68&p=499#p499 <![CDATA[Relacje z podróży • Re: Autostopem do Pragi]]> !


Nie ma sensu zakładać 2 tematu. Moja relacja:
http://www.wybrzeze24.pl/gazeta-gdanska ... z-powrotem

Statystyki: autor: Tef — 21 stycznia 2014, 23:35


]]>
2014-01-10T14:26:27+00:00 2014-01-10T14:26:27+00:00 http://www.autostopowicze.org/forum/viewtopic.php?t=90&p=216#p216 <![CDATA[Relacje z podróży • Stopem do Barcelony]]> Póki co, zapraszam do czytania pierwszego wpisu i obejrzenia kilku zdjęć :)
http://k-kalinowska.com/

Statystyki: autor: revoat — 10 stycznia 2014, 14:26


]]>